wtorek, 29 kwietnia 2014

witamy z powrotem, słoneczko

W takie słoneczne poranki jak ten, po deszczowym weekendzie i, ugh, poniedziałku, od razu mam lepszy humor i więcej chęci do życia. Ogólnie nawet lubię deszczowe dni, ale wtedy, kiedy jest na nie czas i miejsce, np w listopadzie, czy w marcu, bezpośrednio po zakończeniu zimy. Albo w lato, po dłuższym okresie niewyobrażalnie upalnej pogody. Natomiast wiosną, kiedy już całą sobą czekam na ciepłe, letnie dni, wyjątkowo mnie irytują i sprawiają, że mam ochotę "zakopać się pod kołdrą i nie wychodzić z książek i internetu" (ujęłam to w cudzysłów, ponieważ mam wrażenie że podobna fraza pojawia się w większośći wypowiedzi, dotyczących deszczowej pogody).
Prawdę mówiąc, zasiadłam do pisania posta wczoraj, przy porannej kawie, jednak połączenie poniedziałku i pogody za oknem doprowadziłoby do wywalania przeze mnie frustracji i wściekłości na Was (smieszne, bo nie wiem, ile osób tu wchodzi, muszę to sprawdzić. Ale przypuszczam, że ja nabijam dużą część wejść, jak sprawdzam, czy nie pojawił się nowy komentarz), a tego chciałabym unikać.
Dzisiaj będzie mój pierwszy post z gatunku "chwalimy się zakupami i robimy wishlistę", a zacznę od wishlisty.

Ponieważ mam obsesję na punkcie widoczności oka na własnej twarzy, a lubię mieć świadomość, że prezentuję się dobrze nie tylko z kreską w stylu lat 60 i wytuszowanymi rzęsami, ale i saute, postanowiłam wyhodować naturalnie piękne i długie rzęsy. Zaczęłam od zakupienia odżywki eveline, jednak szybko się jej pozbyłam, ponieważ pod makijażem okropnie sklejała mi rzęsy. Potem kupiłam serum na noc i bazę pod makijaż z keratyną l'biotica, i muszę powiedzieć, że zdecydowanie rzęsy mi się zagęściły, jednak są czarne tylko do połowy, natomiast na końcach są jasne, więc i tak muszę je pomalować, żeby było widać jakiekolwiek wydłużenie. Ostatnio usłyszałam o niekonwencjonalnej metodzie, która podobno pozwala nie tylko na wydłużenie i zagęszczenie, ale i PRZYCIEMNIENIE rzęs, a mianowicie


Pomadki tej nie kojarzyłam w ogóle, dopóki nie przeczytałam o niej w internecie. Oto powód: po prostu NIE DA SIĘ jej znaleźć w żadnym rossmanie. Zawsze na stoisku z pomadkami są wypełnione po brzegi wieszaczki, a pomiędzy nimi dwa smutne, opustoszałe, z etykietką "alterra, pomadka rumiankowa"! Może kiedyś uda mi się ją dopaść. 
Druga rzecz to sukienka z H&M, ale niestety nie mogę znaleźć jej zdjęcia na stronie. Jest trochę w stylu lat 60, czyli moim ulubionym, z rękawem 1/2, okrągłym dekoltem z obu stron i w czarno-białe paski. Jest jednak bardzo krótka, więc nie wiedziałam, czy powinnam ją kupować, ale potem uznałam, że ze zniżką 25% wydrukowaną ze strony mogę zaryzykować i nosić ją do bawełnianych leginsów, które tak czy siak niektórzy noszą jako spodnie. Jeśli ją kupię, pochwalę się zdjęciem w niej.
Teraz zakupy:

Ponieważ mój styl jeśli chodzi o ubrania bazowe jest raczej basic i klasyka, niż szaleństwo i feria barw, pozwalam sobie od czasu do czasu na jakiś "szalony" dodatek, typu o wiele zbyt duże i okrągłe okulary przeciwsłoneczne, wściekle różowy tangle teezer, bransoletka z różowych filcowych kulek, czy te kalosze:

Bardzo się z nich cieszę, i może w końcu przestanę marudzić na deszcz. Widziałam je kiedyś na stronie internetowego sklepu z obuwiem, jednak ponieważ nie kupuję butów bez mierzenia, wyparłam bolesne wspomnienie o nich i szukałam zwykłych kaloszy, potrzebnych mi na wyjazd na działkę ze znajomymi, zbliżający się wielkimi krokami. W supermarkecie, wybierając kalosze "meh, mogą być" i idąc je przymierzyć do lustra, niemalże potknęłam się o te wymarzone. Akurat została ostatnia para w moim rozmiarze, czasem człowiek ma jednak szczęście.

Skorzystałam także z rossmanowej promocji na tusze, eyelinery i kredki .Jednak trochę też się zdenerwowałam, ponieważ tydzień temu w ramach szaleństwa zakupiłam eyeliner l'oreal, który zawsze chciałam mieć, jednak szkoda było mi pieniędzy. Ponieważ jednak dostałam imieninowy zastrzyk gotówki, pomyślałam "YOLO" (żartuję. Wcale tak nie pomyślałam) i kupiłam, bo nie wiedziałam, że tydzień później będzie obniżka 49%... Wracając do tematu, kupiłam tusz Max Factor fals lash effect, ponieważ miał dobre opinie na wizażu, no i nigdy "nie przejechałam się" na tuszu MF. Pomaluje się nim po ćwiczeniach i prysznicu i zobaczymy, czy faktycznie taki super, jednak mocno wierzę, że owszem.
W liceum, jak byłam niespokojną młodą duszą, prowadziłam zeszyty, w których zapisywałam notatki z lekcji, ale także wszystko, co mi przyszło do głowy, inspirujące czy poruszające cytaty i fragmenty książek, teksty piosenek, a nawet wprowadzałam własną twórczość literacką. Ostatnio będąc w domu i przeglądając te zeszyty, uznałam, że naprawdę bardzo pozytywnie wpływały na moją kreatywność i postanowiłam prowadzić taki znowu, mimo, że wiadomo, że bez liceum to już nie ten sam klimat :( Ponieważ nie mogłam znaleźć ukochanych przeze mnie baaaardzo grubych zeszytów w formacie A5 (kiedyś empik takie miał, i to w bardzo ładnych okładkach, a teraz żal człowieka ogarnia jak próbuje tam znaleźć zeszyt, który nie ma okładki Monster High czy Angry Birds, jest w miarę wyględny i nie kosztuje 50 zł...), kupiłam zwykły, czerwony zeszyt Oxford w miękkiej okładce. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że będę w nim pisać z podobnym zaangażowaniem, co w tamtych.
Pozdrawiam i idę ćwiczyć, buziaki!


czwartek, 24 kwietnia 2014

powrót na prostą :)

Pomimo że ostatnimi czasy mam w miarę wyluzowane podejście do swojej diety i nie zadręczam się nadmiernym myśleniem o niej, w święta za bardzo przyszalałam i muszę od nowa nastawić się na właściwe postępowanie.
Na szczęście tak samo jak przyjemne było dla mnie opychanie się sernikiem (czekoladowy z kwestii smaku, polecam :p), przyjemna jest dla mnie świadomość, że jedzeniem, które wkładam do ust, robię coś dobrego dla mojego ciała, ćwiczenie i obserwowanie, jak moje ciało się zmienia.
Dlatego na dobry początek tego pełnego napięcia okresu pomiędzy Wielkanocą a wakacjami, gdy trzeba wskoczyć w kostium czy szorty, wrzucę parę motywatorów



O proszę, te dwa są w sam raz dla mnie.

W ogóle myślę trochę o zmianie profilu bloga. Nie jestem ekspertem w sprawach odżywiania a ćwiczeń to już tym bardziej, założyłam bloga głównie po to, aby dzielić się swoim doświadczeniem, jakimiś pomysłami i tak dalej. Blog będzie jednak nie tylko fit, ale i fancy, więc będą posty ogólnie o rzeczach, które mnie interesują, jeśli chodzi o tzw. lifestyle.


nie wiem, czy Wam też widok małych, pomarszczonych, opatulonych w chusty babuniek z kwiatami ściska serce, ale mi owszem i wczoraj kupiłam ten oto "bukiecik". Nie jest może specjalnie urodziwy, ale i tak miło mi się na niego patrzy :)

środa, 9 kwietnia 2014

ulubiona pora dnia

Moim ulubionym pożywieniem ze wszystkich jest kawa. Czytając przeróżne blogi o tematyce fit i zdrowe odżywianie i ćwiczenia, zauważyłam, że dużo osób pisze rzeczy w stylu "no, niestety póki co nie udaje mi się ograniczyć kawy, ale pracuję nad tym" albo "no niestety nie wyspałam się dziś i kawa mi wpadła o poranku". Ja natomiast nie oszukuję się okrutnie i otwarcie mówię, że z kawy nigdy nie zrezygnuję, nawet za cenę trochę trudniejszej walki z cellulitem (jestem po dwóch tygodniach wklepywania balsamów i masażu, niedługo dam znać, czy coś to pomaga, czy niezbyt).
Pierwszy argument, przemawiający za pozostawieniem kawy w moim jadłospisie, jest następujący: bez kawy nie mam energii, co równa się brakowi dobrego humoru, wyrozumiałości w stosunku do bliźnich, zdrowego podejścia do rzeczywistości, siły, ażeby zmierzyć się z trudami życia codziennego. Pamiętam, jak miałam problemy żołądkowe i musiałam na 4 tygodnie odstawić kawę. Cóż to był za płacz i zgrzytanie zębami. Zajęcia na uczelni w tym okresie wspominam jako najbardziej koszmarne ze wszystkich.



Oprócz tego, kawa jest po prostu PYSZNA. Skoro już odmawiam sobie przyjemności w stylu "bajeczny do popołudniowej kawki", odmawiając sobie także tej kawki, zamieniłabym dietę i przemianę w smukłą, zdrową gazelę w torturę. Jaką kawę piję? Otóż ostatnio zauważyłam, że krowie mleko niezbyt mi służy, więc piję z sojowym waniliowym, czasami czekoladowym. Trochę chemia, ale jaka smaczna... No i pocieszam się, że i tak lepsze to, niż wzdęcia. Podsumowując, dzięki temu, że wstaję każdego ranka z wizją zaciągnięcia się aromatem wspaniałej, gorącej kawy z subtelną nutą wanilii, delikatnie, ale nie aż nazbyt słodkiej, wstaję z uśmiechem.



Jakie są korzyści zdrowotne, płynące z picia kawy? Otóż przeciwutleniacze, moczopędność (dobre dla nerek), pobudzenie krążenia krwi w mózgu, dzięki czemu uchronimy się przed demencją starczą i parkinsonem. Kawa chroni też niektóree narządy wewnętrzne przed nowotworami.
Dlatego mam zamiar kontynuować swój ulubiony poranny rutyał, jakim jest czytanie internetów w towarzystwie ukochanego kubka, i w tym właśnie momencie biorę ostatni łyk i publikuję post.
Pozdrawiam :)


środa, 2 kwietnia 2014

PMS i mały foodpornik

Prawie każda kobieta go zna (statystycznie co druga!), i chyba każda spośród nich nienawidzi. Zmora diet odchudzających, a w niektórych przypadkach także relacji międzyludzkich i stabilności emocjonalnej. PMS.
Cóż, powiem tak - ja sobie z nim nie radzę. Właśnie podczas ostatnich trzech dni się z nim zmagałam, i też trochę dlatego nie pisałam na blogu, bo o tym, co wyczyniałam (i co jadłam) aż wstyd pamiętać. Na fit blogach nie znalazłam jeszcze wpisów na jego temat, a bardzo interesuje mnie, JAK wtedy powstrzymać się od wciągania jak odkurzacz. I tak już jest lepiej, niż kiedyś, gdy potrafiłam cały dzień jeść wyłącznie słodycze i chleb, ale i tak łyżka masła orzechowego z dżemem o 23:00, jajecznica o północy, czy dwa dni z rzędu ciastko w kawiarni nie jest szczytem moich dietetycznych ideałów... Wiadomo, powinno się mieć silną wolę, ale ja w te straszne 3-4 dni W OGÓLE nie umiem myśleć racjonalnie na ŻADEN temat, a co dopiero powiedzieć sobie spokojnie "Julio. To ciastko wczoraj wystarczyło. Nie umrzesz też, jeśli nie zjesz kolacji w nocy."... Najgorzej, że czuję się także brzydka i spuchnięta, mam bad hair, bad face & bad body day i nie mam motywacji, aby dbać o odżywianie :(
Ktoś ma jakieś sposoby? Czy pozostaje tylko mieć nadzieję, że damy radę się oprzeć pokusie?

Dziś już, chociaż teoretycznie nadal jestem w tym tragicznym stanie, postanowiłam (po tym głupim ciastku*) zjeść zdrowy obiad i zrobiłam to:


Połączenie rukoli, sera mozzarella, prażonych pestek dyni i słonecznika i dressingu musztardowo-miodowego należy do moich ulubionych, nie tylko wiosną :) Wiem, że malutka porcja, ale nawaliłam tyle sera i pestek, że się naprawdę najadłam.

*nie zrozumcie mnie źle, wiem, że pisałam wcześniej o dobrym pomyśle, jaki jest cheat meal, ale cheat DAY kolejny z rzędu nigdy nie jest dobrym pomysłem...