Prawdę mówiąc, zasiadłam do pisania posta wczoraj, przy porannej kawie, jednak połączenie poniedziałku i pogody za oknem doprowadziłoby do wywalania przeze mnie frustracji i wściekłości na Was (smieszne, bo nie wiem, ile osób tu wchodzi, muszę to sprawdzić. Ale przypuszczam, że ja nabijam dużą część wejść, jak sprawdzam, czy nie pojawił się nowy komentarz), a tego chciałabym unikać.
Dzisiaj będzie mój pierwszy post z gatunku "chwalimy się zakupami i robimy wishlistę", a zacznę od wishlisty.
Pomadki tej nie kojarzyłam w ogóle, dopóki nie przeczytałam o niej w internecie. Oto powód: po prostu NIE DA SIĘ jej znaleźć w żadnym rossmanie. Zawsze na stoisku z pomadkami są wypełnione po brzegi wieszaczki, a pomiędzy nimi dwa smutne, opustoszałe, z etykietką "alterra, pomadka rumiankowa"! Może kiedyś uda mi się ją dopaść.
Druga rzecz to sukienka z H&M, ale niestety nie mogę znaleźć jej zdjęcia na stronie. Jest trochę w stylu lat 60, czyli moim ulubionym, z rękawem 1/2, okrągłym dekoltem z obu stron i w czarno-białe paski. Jest jednak bardzo krótka, więc nie wiedziałam, czy powinnam ją kupować, ale potem uznałam, że ze zniżką 25% wydrukowaną ze strony mogę zaryzykować i nosić ją do bawełnianych leginsów, które tak czy siak niektórzy noszą jako spodnie. Jeśli ją kupię, pochwalę się zdjęciem w niej.
Teraz zakupy:
Ponieważ mój styl jeśli chodzi o ubrania bazowe jest raczej basic i klasyka, niż szaleństwo i feria barw, pozwalam sobie od czasu do czasu na jakiś "szalony" dodatek, typu o wiele zbyt duże i okrągłe okulary przeciwsłoneczne, wściekle różowy tangle teezer, bransoletka z różowych filcowych kulek, czy te kalosze:
Bardzo się z nich cieszę, i może w końcu przestanę marudzić na deszcz. Widziałam je kiedyś na stronie internetowego sklepu z obuwiem, jednak ponieważ nie kupuję butów bez mierzenia, wyparłam bolesne wspomnienie o nich i szukałam zwykłych kaloszy, potrzebnych mi na wyjazd na działkę ze znajomymi, zbliżający się wielkimi krokami. W supermarkecie, wybierając kalosze "meh, mogą być" i idąc je przymierzyć do lustra, niemalże potknęłam się o te wymarzone. Akurat została ostatnia para w moim rozmiarze, czasem człowiek ma jednak szczęście.
Skorzystałam także z rossmanowej promocji na tusze, eyelinery i kredki .Jednak trochę też się zdenerwowałam, ponieważ tydzień temu w ramach szaleństwa zakupiłam eyeliner l'oreal, który zawsze chciałam mieć, jednak szkoda było mi pieniędzy. Ponieważ jednak dostałam imieninowy zastrzyk gotówki, pomyślałam "YOLO" (żartuję. Wcale tak nie pomyślałam) i kupiłam, bo nie wiedziałam, że tydzień później będzie obniżka 49%... Wracając do tematu, kupiłam tusz Max Factor fals lash effect, ponieważ miał dobre opinie na wizażu, no i nigdy "nie przejechałam się" na tuszu MF. Pomaluje się nim po ćwiczeniach i prysznicu i zobaczymy, czy faktycznie taki super, jednak mocno wierzę, że owszem.
W liceum, jak byłam niespokojną młodą duszą, prowadziłam zeszyty, w których zapisywałam notatki z lekcji, ale także wszystko, co mi przyszło do głowy, inspirujące czy poruszające cytaty i fragmenty książek, teksty piosenek, a nawet wprowadzałam własną twórczość literacką. Ostatnio będąc w domu i przeglądając te zeszyty, uznałam, że naprawdę bardzo pozytywnie wpływały na moją kreatywność i postanowiłam prowadzić taki znowu, mimo, że wiadomo, że bez liceum to już nie ten sam klimat :( Ponieważ nie mogłam znaleźć ukochanych przeze mnie baaaardzo grubych zeszytów w formacie A5 (kiedyś empik takie miał, i to w bardzo ładnych okładkach, a teraz żal człowieka ogarnia jak próbuje tam znaleźć zeszyt, który nie ma okładki Monster High czy Angry Birds, jest w miarę wyględny i nie kosztuje 50 zł...), kupiłam zwykły, czerwony zeszyt Oxford w miękkiej okładce. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że będę w nim pisać z podobnym zaangażowaniem, co w tamtych.
Pozdrawiam i idę ćwiczyć, buziaki!



.png)
.png)
.png)

.png)