sobota, 29 marca 2014

Cheat meal - lubię to!

Ponieważ w moim życiu codziennym zawsze staram się wygospodarować sporo miejsca na przyjemności, nie inaczej sprawa ma się w przypadku odżywiania. Jestem zdecydowaną zwolenniczką zasady, według której musimy sobie od czasu do czasu pozwolić na odstępstwo od diety, żeby nie kojarzyła nam się z katorgą i nie zakończyła tak samo gwałtownie, jak się zaczęła, w dodatku z opłakanymi skutkami. Jeden mały batonik czy dwa kawałki pizzy nic nam nie zrobią, a na pewno poprawi nam humor świadomość, że nie musimy wystrzegać się ich jak ognia. Tak naprawdę to w ogóle uważam, że domowa pizza na cieniutkim cieście nie musi być wcale tak bardzo "tucząca", jeśli przestaniemy jeść, zanim nie będziemy mogli się ruszyć z przejedzenia (nie wiem, jak inni, ale ja zawsze mam ten problem akurat przy pizzy... weird.).
Z jednej strony, można się obawiać, że jak zjemy jeden kawałek, to posypie się domino i wpadnie nam kolejnych pięć. Ale z drugiej, mi na przykład łatwiej jest się opanować i powoli delektować dwoma kawałkami pysznej pizzy, niż zgrzytać zębami z rozpaczy, i jedząc serek wiejski połykać go razem ze łzami, bo każda komórka mojego ciała krzyczy z tęsknoty do ciągnącego się sera.
Jak często jednak możemy pozwolić sobie na małe oszustwo? Większość osób praktykujących ten zwyczaj sugeruje jeden stały dzień w tygodniu, kiedy możemy sobie zjeść co nam się podoba na jeden posiłek (np. Cassey Ho o której pisałam, albo Beyonce w wywiadzie dla SHAPE). Ale skąd możemy mieć pewność, że jak ustalimy sobie piątek albo sobotę, nasi znajomi akurat nie zarządzą wyjścia na burgery w czwartek albo wspólnych lodów we wtorek? Albo że babcia nie zrobi ukochanych pierogów na niedzielny obiad. Wg innej teorii, tak zwanego 9:1, musimy jeść 90% zdrowych posiłków, 10% to nasze małe szaleństwa. Wobec tego, jeśli jemy pięć posiłków dziennie, w ciągu tygodnia zjadamy ich 35, czyli trzy (i pół :P) mogą być cheatem. Ta zasada podoba mi się zdecydowanie bardziej, ale - spójrzmy prawdzie w oczy - troszeczkę może utrudnić nam redukcję.
Zatem co robię ja? Ustaliłam sobie, że jem jeden "YOLO meal" tygodniowo, obojętnie, w jaki dzień (oczywiście, nie jeden po drugim, tylko kilkudniowy odstęp), ale jak wpadnie mi jakiś drugi, też nie robię z tego specjalnej tragedii. W tym tygodniu np. był to sernik. Mam słabość do sernika, już nie mogę się doczekać Wielkanocy. Wtedy dopiero będzie CHEATING :)

2 komentarze:

  1. Haha, dobrze powiedziane! Chcemy żyć i zjeść zdrowo ale nie dajmy się zwariować :)
    Jeżeli będziemy sobie wszsytkiego odmawiać, to zaczniemy obsesyjnie myśleć o zakazanym produkcie!

    OdpowiedzUsuń
  2. wariowanie na pkt żywienia to przesada, w sumie schudłam już 7kg jedząc tylko intuicyjnie i chudnąc ze stresu w sesji, to też działa ;D
    Try to design

    OdpowiedzUsuń