Ponieważ w moim życiu codziennym zawsze staram się wygospodarować sporo miejsca na przyjemności, nie inaczej sprawa ma się w przypadku odżywiania. Jestem zdecydowaną zwolenniczką zasady, według której musimy sobie od czasu do czasu pozwolić na odstępstwo od diety, żeby nie kojarzyła nam się z katorgą i nie zakończyła tak samo gwałtownie, jak się zaczęła, w dodatku z opłakanymi skutkami. Jeden mały batonik czy dwa kawałki pizzy nic nam nie zrobią, a na pewno poprawi nam humor świadomość, że nie musimy wystrzegać się ich jak ognia. Tak naprawdę to w ogóle uważam, że domowa pizza na cieniutkim cieście nie musi być wcale tak bardzo "tucząca", jeśli przestaniemy jeść, zanim nie będziemy mogli się ruszyć z przejedzenia (nie wiem, jak inni, ale ja zawsze mam ten problem akurat przy pizzy... weird.).
Z jednej strony, można się obawiać, że jak zjemy jeden kawałek, to posypie się domino i wpadnie nam kolejnych pięć. Ale z drugiej, mi na przykład łatwiej jest się opanować i powoli delektować dwoma kawałkami pysznej pizzy, niż zgrzytać zębami z rozpaczy, i jedząc serek wiejski połykać go razem ze łzami, bo każda komórka mojego ciała krzyczy z tęsknoty do ciągnącego się sera.
Jak często jednak możemy pozwolić sobie na małe oszustwo? Większość osób praktykujących ten zwyczaj sugeruje jeden stały dzień w tygodniu, kiedy możemy sobie zjeść co nam się podoba na jeden posiłek (np. Cassey Ho o której pisałam, albo Beyonce w wywiadzie dla SHAPE). Ale skąd możemy mieć pewność, że jak ustalimy sobie piątek albo sobotę, nasi znajomi akurat nie zarządzą wyjścia na burgery w czwartek albo wspólnych lodów we wtorek? Albo że babcia nie zrobi ukochanych pierogów na niedzielny obiad. Wg innej teorii, tak zwanego 9:1, musimy jeść 90% zdrowych posiłków, 10% to nasze małe szaleństwa. Wobec tego, jeśli jemy pięć posiłków dziennie, w ciągu tygodnia zjadamy ich 35, czyli trzy (i pół :P) mogą być cheatem. Ta zasada podoba mi się zdecydowanie bardziej, ale - spójrzmy prawdzie w oczy - troszeczkę może utrudnić nam redukcję.
Zatem co robię ja? Ustaliłam sobie, że jem jeden "YOLO meal" tygodniowo, obojętnie, w jaki dzień (oczywiście, nie jeden po drugim, tylko kilkudniowy odstęp), ale jak wpadnie mi jakiś drugi, też nie robię z tego specjalnej tragedii. W tym tygodniu np. był to sernik. Mam słabość do sernika, już nie mogę się doczekać Wielkanocy. Wtedy dopiero będzie CHEATING :)
sobota, 29 marca 2014
czwartek, 27 marca 2014
Co lubię ćwiczyć
Ponieważ, na tym etapie mojej przemiany w maniaczkę fitnessu i żywności eko, jeszcze nie jestem entuzjastką noszenia za sobą przez cały dzień torby wypchanej butami do ćwiczeń, ręcznikiem i ciuchami na zmianę (próbowałam siłowni. W pierwszym miesiącu chodziłam cztery razy tygodniowo, w drugim trzy, w trzecim poszłam sześć razy a w czwartym trzy... żałosne :D), najbardziej kuszącą propozycją dla mnie są treningi w zaciszu domowym. Mieszkam sama i mam miejsce na wymachiwanie nogami, tak więc korzystam. Jakoś tak w grudniu 2012 postanowiłam w ogóle ZACZĄĆ ćwiczyć, wtedy był boom na Chodakowską, poćwiczyłam może ze trzy razy, ale szybko mi się znudziło. Co nie zmienia faktu, że jej fanpage jeszcze długo potem stanowił dla mnie źródło chęci i motywacji. Potem przyszła kolej na Mel B., jej radosne usposobienie i energia sprawiły, że polubiłam te codziennie ćwiczenia. Jednak prawdziwe efekty i zadowolenie z ćwiczeń przyszły dopiero z Cassey Ho.
Cassey prowadzi stronę blogilates, ta akurat strona to blog, ale na fanpage'u, instagramie i nie wiem, gdzie jeszcze, ponieważ nie jestem zaprzyjaźniona z portalami społecznościowymi i ogarniam tylko fejsa :D Cassey tworzy społeczność, można powiedzieć nawet "grupę wsparcia" dla dziewczyn, które chcą ćwiczyć z różych powodów - a to odchudzanie, a to przytycie, czasem po prostu zdrowie i przyjemność :)
Ja osobiście cenię ją najbardziej za podejście; powtarza wciąż, że trzeba kochać swoje ciało na każdym etapie drogi, którą przechodzimy, że najważniejsze jest szczęście i zadowolenie z siebie, a także, co dla mnie jest bardzo ważne i budujące, że nie można sobie odmawiać przyjemności w życiu i dlatego stara się nam jak najbardziej umilić proces odchudzania (zdaje mi się, że głównie w to celuje, ponieważ, nie oszukujmy się, dziewczyn które z tego powodu chcą ćwiczyć jest najwięcej). Jej filmiki są kolorowe, tak samo jak jej ubrania i otoczenie, w którym pracuje, i dlatego od razu to wszystko wydaje się być przyjemniejsze. Przyznam, że na początku wydawała mi się przesłodzona i zbyt rozświergotana, ale po kilku chwilach (dosłownie) ćwiczenia z nią zmieniłam zdanie.
Pierwsze podejscie do blogilates miałam w październiku, ćwiczyłam dwa miesiące i z moich galaretowatych, tłustych nóżek zrobiły się całkiem zgrabne i wyćwiczone nogi. Jednak potem coś poszło nie tak i zaczęłam praktykować jedynie siłownię na pół gwizdka, i teraz muszę walczyć od początku. Zwłaszcza, że do mniej więcej początku marca nie chciało mi się pilnować diety - tu święta, tu urodziny, tu wyjazd, tu mróz... ech.
Teraz, na dobry początek, zrobiłam sobie playlistę z ośmiu filmików i robię codziennie po cztery na zmianę. Po upływie miesiąca dodam kolejną "czwórkę" i tak co miesiąc. Obecnie playlista wygląda tak:
1
2
3
4
1a
2a
3a (to jest mój ukochany, tylko kilka minut a daje w kość :))
4a
jak widać, na początek "atakuję" głównie uda i pośladki, chociaż w trakcie takiej sesji czuję, że pracuje mi całe ciało.
Właśnie przyszedł ten moment, że zaabsorbowałam swoje pożywne śniadanie i zaczyna przychodzić chęć na obiad, więc chyba zabieram się za ćwiczenia (dzisiaj druga część playlisty). Buziaki!
Cassey prowadzi stronę blogilates, ta akurat strona to blog, ale na fanpage'u, instagramie i nie wiem, gdzie jeszcze, ponieważ nie jestem zaprzyjaźniona z portalami społecznościowymi i ogarniam tylko fejsa :D Cassey tworzy społeczność, można powiedzieć nawet "grupę wsparcia" dla dziewczyn, które chcą ćwiczyć z różych powodów - a to odchudzanie, a to przytycie, czasem po prostu zdrowie i przyjemność :)
Ja osobiście cenię ją najbardziej za podejście; powtarza wciąż, że trzeba kochać swoje ciało na każdym etapie drogi, którą przechodzimy, że najważniejsze jest szczęście i zadowolenie z siebie, a także, co dla mnie jest bardzo ważne i budujące, że nie można sobie odmawiać przyjemności w życiu i dlatego stara się nam jak najbardziej umilić proces odchudzania (zdaje mi się, że głównie w to celuje, ponieważ, nie oszukujmy się, dziewczyn które z tego powodu chcą ćwiczyć jest najwięcej). Jej filmiki są kolorowe, tak samo jak jej ubrania i otoczenie, w którym pracuje, i dlatego od razu to wszystko wydaje się być przyjemniejsze. Przyznam, że na początku wydawała mi się przesłodzona i zbyt rozświergotana, ale po kilku chwilach (dosłownie) ćwiczenia z nią zmieniłam zdanie.
Pierwsze podejscie do blogilates miałam w październiku, ćwiczyłam dwa miesiące i z moich galaretowatych, tłustych nóżek zrobiły się całkiem zgrabne i wyćwiczone nogi. Jednak potem coś poszło nie tak i zaczęłam praktykować jedynie siłownię na pół gwizdka, i teraz muszę walczyć od początku. Zwłaszcza, że do mniej więcej początku marca nie chciało mi się pilnować diety - tu święta, tu urodziny, tu wyjazd, tu mróz... ech.
Teraz, na dobry początek, zrobiłam sobie playlistę z ośmiu filmików i robię codziennie po cztery na zmianę. Po upływie miesiąca dodam kolejną "czwórkę" i tak co miesiąc. Obecnie playlista wygląda tak:
1
2
3
4
1a
2a
3a (to jest mój ukochany, tylko kilka minut a daje w kość :))
4a
jak widać, na początek "atakuję" głównie uda i pośladki, chociaż w trakcie takiej sesji czuję, że pracuje mi całe ciało.
Właśnie przyszedł ten moment, że zaabsorbowałam swoje pożywne śniadanie i zaczyna przychodzić chęć na obiad, więc chyba zabieram się za ćwiczenia (dzisiaj druga część playlisty). Buziaki!
środa, 26 marca 2014
Jak to wyglądało vs jak to wygląda
Od kiedy pamiętam (czyli, wiadomo, od kiedy byłam dzieckiem tak naprawdę) zawsze lubiłam słodycze, pizzę i chipsy. Nie jest to nic specjalnie szokującego ani niespotykanego. W dodatku produkty te, w szeczególności słodycze, zawsze kojarzyły mi się z przyjemnością i nagrodą. Nie chcę tu oczyszczać siebie samej z winy, ale pewnie każdy kojarzy scenkę z obiadu po powrocie z przedszkola: dziecko siedzi nad surówką z marchewki i jabłka, której nie znosi, ponieważ dobry kotlecik i dobre ziemniaczki już zniknęły, a mama mówi "dopiero, jak zjesz tę surówkę, dostaniesz wafelka" (dokładnie pamiętam, że to był ten trójkątny wafelek z żółtą etykietką). Mama chciała dobrze i w sumie z jednej strony można powiedzieć, że zapamiętałam sobie, że surówka jest zdrowa i niezbędna. Jednak ja pamiętam głównie uczucie irytacji, wymierzone w tę surówkę; pamiętam, że praktycznie rosła mi w ustach i nie mogłam się doczekać, aż uporam się z tym obrzydlistwem i wreszcie będę mogła zjeść wafelka.
Pamiętam także, że obok mojej podstawówki była telepizza, i za 10 zł (! co za czasy...) było można kupić jedną pizzę, a drugą dostać gratis. Więc 5 zł na szkolny sklepik dorzucało się do koleżanki i siup, można było zjeść CAŁĄ małą pizzę po szkolnym obiedzie.
Pamiętam także gimnazjalne maratony filmowe z ulubioną koleżanką i jej mamę, donoszącą grzanki z pieczywa tostowego z bekonem i majonezem, domowe kebaby z kurczaka i czasem nawet tort czekoladowy. W końcu doszłam do punktu, w którym, będąc niezbyt wysoką gimnazjalistką, ważyłam dobre 10 kg więcej niż teraz, w wieku 23 lat i gdy jestem kilka cm wyższa. Licealny epizod anorektyczny, o którym może napiszę kiedy indziej, pozwolił mi się pozbyć tego balastu (oczywiście, cena była o wiele, wiele za wysoka), ale niestety NIE pomógł nabrać zdrowego podejścia do jedzenia. No i tak się borykałam do niedawna, balansując pomiędzy chudością a nadwagą, czasami jedząc zbyt mało, aby potem, po kilku miesiącach, wracać do domu z zajęć na uczelni z mrożoną pizzą albo słoikiem nutelli, który zjadałam łyżeczką przy jednym posiedzeniu. Sama nie umiem zdecydować, kiedy miałam gorszy humor.
Dlatego teraz, gdy jestem już troszkę mądrzejsza, postanowiłam położyć kres tym zabójczym działaniom i raz na zawsze wprowadzić ROZSĄDNE nawyki, w których jest miejsce na zdrowe jedzenie odżywiające ciało, ale i przyjemności w rozsądnych ilościach. Tak naprawdę, tylko wtedy, gdy wiemy, że przyjemność nie jest dla nas szkodliwa, jest ona prawdziwą przyjemnością. Dlatego moimi hasłami od tej pory będą "rozsądek" i "zdrowie przede wszystkim" :)
Pozdrawiam!
Pamiętam także, że obok mojej podstawówki była telepizza, i za 10 zł (! co za czasy...) było można kupić jedną pizzę, a drugą dostać gratis. Więc 5 zł na szkolny sklepik dorzucało się do koleżanki i siup, można było zjeść CAŁĄ małą pizzę po szkolnym obiedzie.
Pamiętam także gimnazjalne maratony filmowe z ulubioną koleżanką i jej mamę, donoszącą grzanki z pieczywa tostowego z bekonem i majonezem, domowe kebaby z kurczaka i czasem nawet tort czekoladowy. W końcu doszłam do punktu, w którym, będąc niezbyt wysoką gimnazjalistką, ważyłam dobre 10 kg więcej niż teraz, w wieku 23 lat i gdy jestem kilka cm wyższa. Licealny epizod anorektyczny, o którym może napiszę kiedy indziej, pozwolił mi się pozbyć tego balastu (oczywiście, cena była o wiele, wiele za wysoka), ale niestety NIE pomógł nabrać zdrowego podejścia do jedzenia. No i tak się borykałam do niedawna, balansując pomiędzy chudością a nadwagą, czasami jedząc zbyt mało, aby potem, po kilku miesiącach, wracać do domu z zajęć na uczelni z mrożoną pizzą albo słoikiem nutelli, który zjadałam łyżeczką przy jednym posiedzeniu. Sama nie umiem zdecydować, kiedy miałam gorszy humor.
Dlatego teraz, gdy jestem już troszkę mądrzejsza, postanowiłam położyć kres tym zabójczym działaniom i raz na zawsze wprowadzić ROZSĄDNE nawyki, w których jest miejsce na zdrowe jedzenie odżywiające ciało, ale i przyjemności w rozsądnych ilościach. Tak naprawdę, tylko wtedy, gdy wiemy, że przyjemność nie jest dla nas szkodliwa, jest ona prawdziwą przyjemnością. Dlatego moimi hasłami od tej pory będą "rozsądek" i "zdrowie przede wszystkim" :)
Pozdrawiam!
wtorek, 25 marca 2014
Wiosenne początki i zmiany
Witajcie :)
Ponieważ niedawno postanowiłam się sobą zająć i zacząć dbać o własne ciało, które znam od urodzenia i powinnam kochać *, zdecydowałam się założyć bloga, żeby otrzymać trochę wsparcia i móc obserwować proces własnych postępów. Wiadomo, zmiany na dobre (bo do tego dążę, "lepsze" to za mało, hihi) to powolny, czasami męczący proces, podczas którego często dopada nas zwątpienie. Ale z drugiej strony, sprawia mi frajdę odkrywanie pysznych zdrowych przepisów i znajdowanie przyjemności w "pieczeniu" ud podczas ćwiczeń. Dlatego weszłam w świat blogów - zaczęłam zaczytywać się w przeróżnych blogach o tematyce szeroko pojętego zdrowego stylu życia. Najbardziej lubię przeglądać fotomenu, sama też mam ochotę publikować swoje jedzenie, jednak nie mam serca zarzucać tym znajomych z facebooka :)
Dlatego mam nadzieję, że kiedyś ktoś mnie odwiedzi, a jeśli nie, no to trudno - przynajmniej sama będę mogła za rok czy miesiąc wrócić do starych wpisów i zobaczyć, jak mi szło :)
* miłość do mojego ciała ograniczała się zawsze do tego, że podobało mi się, kiedy dobrze wyglądało i nie sprawiało problemów. Jednak niedawno doznałam olśnienia i doszłam do TAK BARDZO odkrywczego wniosku, jak to, że sama muszę do tego doprowadzać, rozpieszczając je dobrym jedzeniem i pielęgnacją. Cóż, jak mówią, człowiek uczy się całe życie. Każdy moment jest dobry, żeby się poprawić :)
Ponieważ niedawno postanowiłam się sobą zająć i zacząć dbać o własne ciało, które znam od urodzenia i powinnam kochać *, zdecydowałam się założyć bloga, żeby otrzymać trochę wsparcia i móc obserwować proces własnych postępów. Wiadomo, zmiany na dobre (bo do tego dążę, "lepsze" to za mało, hihi) to powolny, czasami męczący proces, podczas którego często dopada nas zwątpienie. Ale z drugiej strony, sprawia mi frajdę odkrywanie pysznych zdrowych przepisów i znajdowanie przyjemności w "pieczeniu" ud podczas ćwiczeń. Dlatego weszłam w świat blogów - zaczęłam zaczytywać się w przeróżnych blogach o tematyce szeroko pojętego zdrowego stylu życia. Najbardziej lubię przeglądać fotomenu, sama też mam ochotę publikować swoje jedzenie, jednak nie mam serca zarzucać tym znajomych z facebooka :)
Dlatego mam nadzieję, że kiedyś ktoś mnie odwiedzi, a jeśli nie, no to trudno - przynajmniej sama będę mogła za rok czy miesiąc wrócić do starych wpisów i zobaczyć, jak mi szło :)
* miłość do mojego ciała ograniczała się zawsze do tego, że podobało mi się, kiedy dobrze wyglądało i nie sprawiało problemów. Jednak niedawno doznałam olśnienia i doszłam do TAK BARDZO odkrywczego wniosku, jak to, że sama muszę do tego doprowadzać, rozpieszczając je dobrym jedzeniem i pielęgnacją. Cóż, jak mówią, człowiek uczy się całe życie. Każdy moment jest dobry, żeby się poprawić :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
