Heeej dziewczynyyy :) czyta ktoś w ogóle mojego bloga? Bo widzę sporo wyświetleń a pod bardzo ciekawym postem o brownie tylko jeden komentarz!!
Pogoda majowo-czerwcowa w tym roku nas nie rozpieszcza, no ale staram się z tym i z moim nastawieniem do pogody walczyć, nosząc moje urocze kaloszki a także wyobrażając sobie, że tak naprawdę jest wyjątkowo łaskawy listopad, żeby później, gdy już nadejdą piękne letnie dni (podobno już jutro!) mieć miłą niespodziankę, że po jesieni tak nagle lato przyszło.
Dzisiaj post bardziej o nastawieniu i podejściu do własnego życia i wizerunku. Nie wiem, jak to się stało, ale w wieku 23 lat dopiero zaczęłam brać sobie do serca i wierzyć w banały, które słyszałam od dzieciństwa ale jakoś przelatywały mi przez głowę. Np "każdy jest kowalem swojego losu". Nazwijcie mnie głupią, ale ostatnio usłyszałam to i doznałam olśnienia :D szczerze mówiąc od końca liceum do teraz (czyli już prawie 4 lata) biernie obserwowałam swoje życie i czułam się jak widz wyjątkowo nudnego serialu. Wiecie, gdybym miała spojrzeć z boku na swoje życie i powiedzieć, czy chciałabym oglądać film o takiej osobie, powiedziałabym "OK, można jakoś zmontować sceny z imprez i spotkań z chłopakiem i ze znajomymi, ale na pewno wyciąć te kiedy bohaterka godzinami leży w łóżku i ogląda serial zamiast robić rzeczy, ale w sumie co to za film, historia nie trzyma się kupy". Dlatego po osiągnięciu dojrzałego wieku lat dwudziestu trzech zaczęłam się głębiej zastanawiać nad tym, jaka naprawdę chciałabym być, co robić i co dawać światu i ludziom. Dałam sobie solidnego kopa w tyłek i dumna jestem, że zaczęłam chociaż pisać i zdrowo się odżywiać, dbać o siebie NAPRAWDĘ a nie tylko martwić się o powłokę zewnętrzną i o to, żeby być piękną. Teraz kiedy w końcu kończą mi się zajęcia na studiach, których szczerze mówiąc nienawidzę i zawiodły moje oczekiwania i marzenia co do tego etapu życia, będę miała więcej czasu na rozwój osobisty i znalezienie tego, co naprawdę da mi spełnienie i radość. Będę musiała dokładnie pomyśleć, czy przeboleć ostatni rok studiów i mieć to z bańki, i móc po nich spokojnie zająć się prawdziwym życiem, czy powiedzieć sobie YOLO (muszę przestać tak żartować bo zaraz ludzie zaczną myśleć, że używam tego sformułowania na poważnie) i rzucić te studia już teraz i znaleźć sobie coś lepszego.
No nic, pomyślę o tym po sesji, którą mimo wszystko planuję zaliczyć. Jest to jednak poważna decyzja i potrzebuję konkretnego pomysłu na siebie, żeby móc ją swobodnie podjąć. Trzymajcie za mnie kciuki :)
Jeszcze na koniec kilka pięknych zdjęć zdrowego jedzenia, znalezionych w internecie
I jedno moje własne. Jest to drugie śniadanie, które właśnie zamierzam spożyć
Chleb wieloziarnisty bezglutenowy, pasta słonecznikowa o smaku pomidorów i rukoli (zamiast masła), pokrojone w plasterki tofu sałatkowe (bo, szczerze mówiąc, niezbyt mi smakuje i muszę je jakoś przemycić), rukola, pomidory i zioła :)
Ostatnio trochę zmieniłam dietę - całkowicie wyrzuciłam z niej ssaki i jem tylko drób i ryby, i to i tak bardzo rzadko, ponieważ obrzydza mnie babranie się w mięsie i zjem tylko, jak ktoś mi zrobi :P sprawia mi więc dużą przyjemność szukanie fajnych wegetariańskich pomysłów na jedzenie.
Pozdrawiam i miłego czerwca, buziaki :)
wtorek, 3 czerwca 2014
poniedziałek, 26 maja 2014
do odważnych świat należy - brownie z fasoli
Halo :) Post dotyczy potrawy, której większość już pewnie próbowała, mianowicie brownie z fasoli. Powiem szczerze, że jakoś nie wierzyłam, że może to być dobre, a przynajmniej nie wg przepisów, które do tej pory widziałam, tj. fasola + daktyle + jajka + kakao + cynamon (nie cytuję dokładnie ale tak mniej więcej one wyglądały). Ponieważ jestem samozwańczą, ale z pozytywnym feedbackiem a więc jest to informacja potwierdzona, mistrzynią brownie, postanowiłam zmodyfikować przepis, z którego zazwyczam korzystam, czyli także zmodyfikowany przepis z kwestii smaku. Zazwyczaj robię brownie o tak:
- rozpuszczam gorzką czekoladę (dwie tabliczki) z połową kostki masła i chilli, czasem z cynamonem
- wbijam do miski dwa jajka i dodaję 1 i 1/4 szklanki cukru, mieszam
- dodaję do tego kilka kropelek aromatu waniliowego
- potem dodaję 3/4 szklanki mąki
- a następnie dodaję do tego masę czekoladowo - maślaną, mieszam i zamykam w piekarniku na ok 20 min w 180*C.
Pyszne jest, prawda, ale nawet nie będę liczyć, ile kalorii i cukru zawiera. Swoje brownie z fasoli zrobiłam o tak:
- rozpuściłam gorzką czekoladę (dwie tabiczki) z kilkoma łyżkami oleju kokosowego i przyprawiłam cynamonem
- zblendowałam fasolę (mąka) z bananem (cukier)
- do "przepysznej" papki (oblizałam palec po oczyszczeniu blendera, NIE POLECAM) dodałam dwa jajka i dwie łyżki mączki kokosowej (a co mi szkodzi)
- dodałam czekoladę z olejem i wymieszałam
- piekłam tak samo.
Oto rezultat: brownie ma idealną konsystencję, a to dla mnie jest w nim chyba najważniejsze - jest idealnie wilgotne i miękkie, ale równocześnie o wiele łatwiej je pokroić i wyjąć z formy, niż klasyczne brownie. Jeśli chodzi o smak, to pierwszy wybija się banan, natomiast jak się żuje to już go w ogóle nie czuć i najbardziej czuć czekoladę. Fasoli nie czuję w ogóle. Nie jest zbyt słodkie, ale oczywiście zaspokoi naszą ochotę na słodycze. Następnym razem zrobię z masłem orzechowym zamiast oleju kokosowego :)
Zdjęcie brzydkie, przepraszam, ale zrobiłam je telefonem na szybko, zanim spożyłam brownie.
Inne potrawy z minionego tygodnia, którymi mogłabym się pochwalić, to placuszki z jajka, połowy banana i dwóch łyżek mąki koko, podane z masłem orzechowym i resztą banana, oraz brązowy ryż z grillowanymi szparagami, pomidorem i sosem czosnkowym (na ciepło).
Widzę wielką rozbieżność jakości pomiędzy zdjęciami robionymi ajfonem a tymi z aparatu. Składam sobie właśnie w tym momencie obietnice, że w dbałości o wygląd bloga będę od teraz podejmowała wysiłek i robiła zdjęcia aparatem :)
Pozdrawiam, całuję i zachęcam do spróbowania brownie!!
- rozpuszczam gorzką czekoladę (dwie tabliczki) z połową kostki masła i chilli, czasem z cynamonem
- wbijam do miski dwa jajka i dodaję 1 i 1/4 szklanki cukru, mieszam
- dodaję do tego kilka kropelek aromatu waniliowego
- potem dodaję 3/4 szklanki mąki
- a następnie dodaję do tego masę czekoladowo - maślaną, mieszam i zamykam w piekarniku na ok 20 min w 180*C.
Pyszne jest, prawda, ale nawet nie będę liczyć, ile kalorii i cukru zawiera. Swoje brownie z fasoli zrobiłam o tak:
- rozpuściłam gorzką czekoladę (dwie tabiczki) z kilkoma łyżkami oleju kokosowego i przyprawiłam cynamonem
- zblendowałam fasolę (mąka) z bananem (cukier)
- do "przepysznej" papki (oblizałam palec po oczyszczeniu blendera, NIE POLECAM) dodałam dwa jajka i dwie łyżki mączki kokosowej (a co mi szkodzi)
- dodałam czekoladę z olejem i wymieszałam
- piekłam tak samo.
Oto rezultat: brownie ma idealną konsystencję, a to dla mnie jest w nim chyba najważniejsze - jest idealnie wilgotne i miękkie, ale równocześnie o wiele łatwiej je pokroić i wyjąć z formy, niż klasyczne brownie. Jeśli chodzi o smak, to pierwszy wybija się banan, natomiast jak się żuje to już go w ogóle nie czuć i najbardziej czuć czekoladę. Fasoli nie czuję w ogóle. Nie jest zbyt słodkie, ale oczywiście zaspokoi naszą ochotę na słodycze. Następnym razem zrobię z masłem orzechowym zamiast oleju kokosowego :)
Zdjęcie brzydkie, przepraszam, ale zrobiłam je telefonem na szybko, zanim spożyłam brownie.
Inne potrawy z minionego tygodnia, którymi mogłabym się pochwalić, to placuszki z jajka, połowy banana i dwóch łyżek mąki koko, podane z masłem orzechowym i resztą banana, oraz brązowy ryż z grillowanymi szparagami, pomidorem i sosem czosnkowym (na ciepło).
Widzę wielką rozbieżność jakości pomiędzy zdjęciami robionymi ajfonem a tymi z aparatu. Składam sobie właśnie w tym momencie obietnice, że w dbałości o wygląd bloga będę od teraz podejmowała wysiłek i robiła zdjęcia aparatem :)
Pozdrawiam, całuję i zachęcam do spróbowania brownie!!
wtorek, 20 maja 2014
moja nowa miłość i krótka panika
Wczoraj po raz pierwszy zrobiłam sobie na obiad i w ogóle pierwszy raz jadłam szparagi. Prawie płakałam ze szczęścia jedząc je, w towarzystwie sosu czosnkowego z serka piątnica light i piersi kurczaka, do której wzięłam sobie ketchup (mam to zboczenie, że wszędzie muszę mieć jakiś sos, i zawsze jem kotlety i mięso z ketchupem, czego nikt nie może zrozumieć.). Potem weszłam na kwestię smaku i przejrzałam przepisy ze szparagami, no i na dziś już zaplanowałam szparagi maczane w jajku na miękko <3 będę szaleć ze szparagami w tym sezonie. Na szczęście nie mam nieprzyjemnych skutków ubocznych po ich spożyciu ;)
Zanim przejdę do głównego tematu tej notki, chciałam jeszcze zameldować, że w sklepie ekologicznym, w którym mam zniżkę ze względu na bliską relację z jednym z pracowników, zakupiłam olej z uczepu trójlistkowego, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale zachęcił mnie opis na opakowaniu. Olejek ten ma łagodzić podrażnienia i alergiczne zmiany skórne, a także zapobiegać trądzikowi. A ponieważ ja mam dużo problemów, głownie ze zmianami powiązanymi z uczeleniem na wszędobylski nikiel, oraz muszę sama dbać o oczyszczanie z martwego naskórka, ponieważ moja twarz nie jest samodzielna w tym względzie, zdecydowałam się wypróbować. Po powrocie wpisałam go w google i widziałam, że jeszcze nie jest znany w blogosferze, więc mam szansę zbadać sama jego wpływ na cerę. Zaopatrzyłam się także w szczotkę do mycia twarzy. Jak zaobserwuję efekty, powiem, czy warto inwestować w ten olej. Z pierwszych wrażeń - bardzo podoba mi się jego kolor, nie jest żółty, jak większość olejów, a intensywnie zielony :)
Tytułowy krótki atak paniki odnosi się do formaldehydu w lakierach do paznokci, po przeczytaniu TEGO postu. Na szczęście odżywki 8w1 zdążyłam użyć tylko ze dwa razy po 4-5 dni, bo potem szlag mnie trafiał bez pomalowanych paznokci (jestem tak bardzo uzależniona) i zamiast tego używałam jako bazę, ale to krótko, po potem mi się nie chciało. Oczywiście wtedy nie wiedziałam o tym, co może się stać z naszymi paznokciami, jeśli jej nadużywamy, a jak chyba każdy "wiedziałam lepiej", niż producent, i radośnie używałam kosmetyków częściej albo dłużej, niż zalecane. Pamiętajcie, producent nie napisze na opakowaniu "nie zaleca stosowania się dłużej/częściej, niż miesiąc/pół roku/dwa dni w tygodniu bo inaczej zgnije wam paznokieć/zrobią się podrażnienia/stracicie wzrok", bo nikt nie kupi takiego produktu. Jednak instrukcje są jasne, i jeśli używacie kosmetyku w sposób inny, niż producent zaleca, sami jesteście sobie winni. Podobnie zbulwersował mnie pomysł używania leków na jaskrę w celu wyhodowania firanki długich rzęs. To już zaczyna zalatywać mi jakimiś durnymi średniowiecznymi sposobami pielęgnacji urody, które były opłakane w skutkach. Na cholerę Wam długie rzęsy, jak stracicie wzrok? Gwarantuję, że nie będą stanowiły dla Was pocieszenia. I tu jeszcze wracając do zaleceń, odżywka Long4lashes zawiera bimatoprost, oczywiście w mniejszej ilości, niż krople na jaskrę, ale zawiera. Dlatego apeluję, ażeby stosować tak, jak radzi producent, pół roku (NIE ROK) i potem dwa razy w tygodniu dla podtrzymania efektu, nie 4 albo 5.
No, ale wracając do lakierów, zanim znowu sobie przerwę - używam ich namiętnie i zawsze mam pomalowane paznokcie, co prawda tam stężenie formaldehydu jest o wiele mniejsze, niż w odżywkach (screw logic), ale jednak, jeśli przez wiele lat narażamy organizm na śladowe ilości jakiegoś szkodliwego związku, nie pozostaje to obojętne dla naszego zdrowia. Usiadłam więc i poświęciłam niemało czasu na studiowanie składów lakierów, których najczęściej używam, mianowicie Rimmel 60 sec w kilku kolorach no i ostatnio dołączone Bourjois i czarny Eveline. Z ulgą stwierdziłam, że formaldehydu nie zawierają. Mój ukochany czerwony Inglot z założenia jest bezpieczny, ponieważ producent wręcz chwali się tym na opakowaniu.
Pamiętajcie, bądźcie rozsądne i dbajcie o zdrowie, bo ile je trzeba cenić ten tylko się dowie, kto je straci! Buziaki :*
Zanim przejdę do głównego tematu tej notki, chciałam jeszcze zameldować, że w sklepie ekologicznym, w którym mam zniżkę ze względu na bliską relację z jednym z pracowników, zakupiłam olej z uczepu trójlistkowego, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ale zachęcił mnie opis na opakowaniu. Olejek ten ma łagodzić podrażnienia i alergiczne zmiany skórne, a także zapobiegać trądzikowi. A ponieważ ja mam dużo problemów, głownie ze zmianami powiązanymi z uczeleniem na wszędobylski nikiel, oraz muszę sama dbać o oczyszczanie z martwego naskórka, ponieważ moja twarz nie jest samodzielna w tym względzie, zdecydowałam się wypróbować. Po powrocie wpisałam go w google i widziałam, że jeszcze nie jest znany w blogosferze, więc mam szansę zbadać sama jego wpływ na cerę. Zaopatrzyłam się także w szczotkę do mycia twarzy. Jak zaobserwuję efekty, powiem, czy warto inwestować w ten olej. Z pierwszych wrażeń - bardzo podoba mi się jego kolor, nie jest żółty, jak większość olejów, a intensywnie zielony :)
Tytułowy krótki atak paniki odnosi się do formaldehydu w lakierach do paznokci, po przeczytaniu TEGO postu. Na szczęście odżywki 8w1 zdążyłam użyć tylko ze dwa razy po 4-5 dni, bo potem szlag mnie trafiał bez pomalowanych paznokci (jestem tak bardzo uzależniona) i zamiast tego używałam jako bazę, ale to krótko, po potem mi się nie chciało. Oczywiście wtedy nie wiedziałam o tym, co może się stać z naszymi paznokciami, jeśli jej nadużywamy, a jak chyba każdy "wiedziałam lepiej", niż producent, i radośnie używałam kosmetyków częściej albo dłużej, niż zalecane. Pamiętajcie, producent nie napisze na opakowaniu "nie zaleca stosowania się dłużej/częściej, niż miesiąc/pół roku/dwa dni w tygodniu bo inaczej zgnije wam paznokieć/zrobią się podrażnienia/stracicie wzrok", bo nikt nie kupi takiego produktu. Jednak instrukcje są jasne, i jeśli używacie kosmetyku w sposób inny, niż producent zaleca, sami jesteście sobie winni. Podobnie zbulwersował mnie pomysł używania leków na jaskrę w celu wyhodowania firanki długich rzęs. To już zaczyna zalatywać mi jakimiś durnymi średniowiecznymi sposobami pielęgnacji urody, które były opłakane w skutkach. Na cholerę Wam długie rzęsy, jak stracicie wzrok? Gwarantuję, że nie będą stanowiły dla Was pocieszenia. I tu jeszcze wracając do zaleceń, odżywka Long4lashes zawiera bimatoprost, oczywiście w mniejszej ilości, niż krople na jaskrę, ale zawiera. Dlatego apeluję, ażeby stosować tak, jak radzi producent, pół roku (NIE ROK) i potem dwa razy w tygodniu dla podtrzymania efektu, nie 4 albo 5.
No, ale wracając do lakierów, zanim znowu sobie przerwę - używam ich namiętnie i zawsze mam pomalowane paznokcie, co prawda tam stężenie formaldehydu jest o wiele mniejsze, niż w odżywkach (screw logic), ale jednak, jeśli przez wiele lat narażamy organizm na śladowe ilości jakiegoś szkodliwego związku, nie pozostaje to obojętne dla naszego zdrowia. Usiadłam więc i poświęciłam niemało czasu na studiowanie składów lakierów, których najczęściej używam, mianowicie Rimmel 60 sec w kilku kolorach no i ostatnio dołączone Bourjois i czarny Eveline. Z ulgą stwierdziłam, że formaldehydu nie zawierają. Mój ukochany czerwony Inglot z założenia jest bezpieczny, ponieważ producent wręcz chwali się tym na opakowaniu.
Pamiętajcie, bądźcie rozsądne i dbajcie o zdrowie, bo ile je trzeba cenić ten tylko się dowie, kto je straci! Buziaki :*
środa, 14 maja 2014
Ross
Dzień dobry (chociaż pogoda w maju niedobra).
Dzisiaj chciałam tylko pochwalić się zakupami na promocjach, jako że to już rozdział zamknięty. I mam nowe postaowienie, mianowicie NIE KUPUJĘ nowych kosmetyków dopóki nie zużyję zapasów. No, oprócz alterry rumiankowej, jeśli w końcu natrafię. To jest jakaś straszna obsesja, najgorsze są odżywki i maski do włosów, mam ich tyle że już mnie denerwują, ale i tak jestem wyjątkowo podatną na reklamę klientką, jeśli chodzi o włosy...
Jak już wspominałam, w promocji na kosmetyki do oczu kupiłam jedynie tusz Max Factor false lash effect, gdyż dosłownie trzy dni wcześniej zdążyłam już kupić eyelinner L'oreal (perfect slim) na który się zasadzałam od jakiegoś czasu. Z obu jestem zadowolona, tusz nie skleja rzęs i się nie kruszy, a i eyeliner trzyma się do wieczora, chociaż jeszcze się nie wprawiłam w malowaniu zgrabnej kreski flamastrem. Cóż, wierzę głęboko, że dzień, w którym w końcu mi się uda, nadejdzie.
W promocji na kosmetyki do ust i paznokci kupiłam to:
Miałam zamiar kupić dwa lakiery i błyszczyk Maybelline, ale jak zobaczyłam te lakiery to natychmiast zapragnęłam je mieć i nie żałuję, oba wyglądają cudnie, zielony w tej chwili mam na stópkach, natomiast różowy zmyłam z paznokci u rąk wczoraj, bo kupiłam czarny lakier Eveline i chciałam go już wypróbować (lakier Ev. też jest spoko, ale strasznie rzadki). Zazwyczaj wolę klasykę na paznokciach i ograniczam się do czerwień-nude-czerń-ewentualnie bardzo ciemny fiolet, ale chyba wiosna mi uderzyła do głowy. Błyszczyk na żywo jest trochę bardziej brzoskwiniowy, niż pomarańczowy. Kupiłam go, ponieważ mam tonę czerwonych mazideł do ust, a niestety nie miałam nic neutralnego oprócz pomadek ochronnych. Jestem zadowolona, ładnie pachnie i dobrze nawilża.
Oprócz produktów z oferty promocyjnej, kupiłam odżywkę do rzęs Eveline SOS lash booster, o której pierwszy raz przeczytałam na blogu codziennielepsza, a potem naczytałam się pozytywnych opinii na wizażu. Lepszy lash booster w garści niż alterra na innych blogach :(
Za dwa tygodnie napiszę, jak się sprawdza.
Zdjęcia pochodzą ze stron producentów.
Oprócz tego - dodałam do treningu 45 min kardio Jillian Michaels, jest naprawdę fajne, ponieważ zawiera dużo kickboxingu i po ciężkim dniu można wyładować frustrację poprzez kopanie powietrza. Przyznam szczerze, że do tej pory nie robiłam kardio, bo nie lubię, no ale na co mi mięśnie jak przykrywa je tłuszczyk, trzeba go jakoś spalić. Liczę na spektakularny efekt, pochwalę się niedługo. Trening jest TU
Miłego dnia życzę i pozdrawiam, buziaki! :)
poniedziałek, 5 maja 2014
Co lubię jeść
Na początek chciałam się pochwalić, że zgodnie z cyklem biologicznym znowu męczy mnie problem, o którym pisałam miesiąc temu, ale tym razem potrafię się opanować i jestem z siebie dumna :)
Teraz krótka informacja o tym, co lubię jeść, oczywiście nie wszystko jest warte uwiecznienia, bo brzydkie, czy nawet wspomnienia, ponieważ wszyscy to jedzą i znają, ale oto kilka produktów, które mogą Was zainteresować (oczywiście nie jest to reklama)
To jest moje najczęstsze śniadanie. Bułka pochodzi z Galerii Wypieków, jest absolutnie najpyszniejsza, nazywa się bułka bakaliowa i ma wszystko co najlepsze - orzechy, sezam, rodzynki, śliwki. Z masłem orzechowym (używam Sante, ponieważ ma najwięcej orzechów i najmniej chemii) i dżemem lub bananem jest wyborna, i dzięki niej i mojej ukochanej kawie każdy poranek zaczyna się tęczą i eksplozją radości (pochodzę do jedzenia bardzo żywiołowo). Niestety w ten weekend z powodu świąt i nauki nie zdążyłam zrobić porządnych zakupów, więc dzisiaj na śniadanie jem jogurt grecki z dżemem. Jogurt jest dobry, ale na późną kolację (ćwiczę o 20-21 najczęściej, więc ok 21-22 jem jogurt bo przecież kurczaka o tej godzinie jeść nie będę). Płaczę, ale już dziś kupię bułeczki. O połączeniu pb z bananem słyszałam już jakieś 5 lat temu, jak czytałam artykuł o Elvisie i było tam napisane, że to jego ulubione kanapki. Teraz jestem trochę jak Elvis.
To jest moje ulubione drugie śniadanie do drugiej kawki albo przegryzka, gdy jestem na uczelni. Ogólnie niezbyt jadam amarantus, ponieważ nie jadam owsianki (planuję zacząć) a placków owsianych nie chce mi się robić za często. Do tej pory jedyne słodycze z amarantusem, jakich zdarzyło mi się próbować, to "amarantuski" czy jakoś tak, ale wcale mi nie smakowały. Tu natomiast czekolada (też bio i inne) bardzo pomaga. Oczywiście, z jej powodu nie należy jeść tego codziennie (ale weź się powstrzymaj... ech). W opakowaniu jest pięć batoników, więc wychodzi taniej, niż białkowy, a jest zdrowsze.
To ostatnio jadłam na obiad. W zupie nie ma chemii i ogólnie bardzo polecam, jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to przekłamanie na opakowaniu - mają niby być cztery porcje, ale jak dla mnie pół kubeczka zupy to nie porcja. Więc w opakowaniu są dwie porcje. Ale zupa jest smaczna i jest to szybki obiad na ciepło. Zdjęcie ze strony producenta.
Także tyle ode mnie, mam nadzieję, że więcej osób będzie komentować :) jeśli prowadzicie własne blogi to wiecie, że taki feedback bardzo cieszy, nie żałujcie mi go zatem! Wracam do jogurciku i kawki, buziaki!
Teraz krótka informacja o tym, co lubię jeść, oczywiście nie wszystko jest warte uwiecznienia, bo brzydkie, czy nawet wspomnienia, ponieważ wszyscy to jedzą i znają, ale oto kilka produktów, które mogą Was zainteresować (oczywiście nie jest to reklama)
To jest moje najczęstsze śniadanie. Bułka pochodzi z Galerii Wypieków, jest absolutnie najpyszniejsza, nazywa się bułka bakaliowa i ma wszystko co najlepsze - orzechy, sezam, rodzynki, śliwki. Z masłem orzechowym (używam Sante, ponieważ ma najwięcej orzechów i najmniej chemii) i dżemem lub bananem jest wyborna, i dzięki niej i mojej ukochanej kawie każdy poranek zaczyna się tęczą i eksplozją radości (pochodzę do jedzenia bardzo żywiołowo). Niestety w ten weekend z powodu świąt i nauki nie zdążyłam zrobić porządnych zakupów, więc dzisiaj na śniadanie jem jogurt grecki z dżemem. Jogurt jest dobry, ale na późną kolację (ćwiczę o 20-21 najczęściej, więc ok 21-22 jem jogurt bo przecież kurczaka o tej godzinie jeść nie będę). Płaczę, ale już dziś kupię bułeczki. O połączeniu pb z bananem słyszałam już jakieś 5 lat temu, jak czytałam artykuł o Elvisie i było tam napisane, że to jego ulubione kanapki. Teraz jestem trochę jak Elvis.
To jest moje ulubione drugie śniadanie do drugiej kawki albo przegryzka, gdy jestem na uczelni. Ogólnie niezbyt jadam amarantus, ponieważ nie jadam owsianki (planuję zacząć) a placków owsianych nie chce mi się robić za często. Do tej pory jedyne słodycze z amarantusem, jakich zdarzyło mi się próbować, to "amarantuski" czy jakoś tak, ale wcale mi nie smakowały. Tu natomiast czekolada (też bio i inne) bardzo pomaga. Oczywiście, z jej powodu nie należy jeść tego codziennie (ale weź się powstrzymaj... ech). W opakowaniu jest pięć batoników, więc wychodzi taniej, niż białkowy, a jest zdrowsze.
To ostatnio jadłam na obiad. W zupie nie ma chemii i ogólnie bardzo polecam, jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to przekłamanie na opakowaniu - mają niby być cztery porcje, ale jak dla mnie pół kubeczka zupy to nie porcja. Więc w opakowaniu są dwie porcje. Ale zupa jest smaczna i jest to szybki obiad na ciepło. Zdjęcie ze strony producenta.
Także tyle ode mnie, mam nadzieję, że więcej osób będzie komentować :) jeśli prowadzicie własne blogi to wiecie, że taki feedback bardzo cieszy, nie żałujcie mi go zatem! Wracam do jogurciku i kawki, buziaki!
wtorek, 29 kwietnia 2014
witamy z powrotem, słoneczko
W takie słoneczne poranki jak ten, po deszczowym weekendzie i, ugh, poniedziałku, od razu mam lepszy humor i więcej chęci do życia. Ogólnie nawet lubię deszczowe dni, ale wtedy, kiedy jest na nie czas i miejsce, np w listopadzie, czy w marcu, bezpośrednio po zakończeniu zimy. Albo w lato, po dłuższym okresie niewyobrażalnie upalnej pogody. Natomiast wiosną, kiedy już całą sobą czekam na ciepłe, letnie dni, wyjątkowo mnie irytują i sprawiają, że mam ochotę "zakopać się pod kołdrą i nie wychodzić z książek i internetu" (ujęłam to w cudzysłów, ponieważ mam wrażenie że podobna fraza pojawia się w większośći wypowiedzi, dotyczących deszczowej pogody).
Prawdę mówiąc, zasiadłam do pisania posta wczoraj, przy porannej kawie, jednak połączenie poniedziałku i pogody za oknem doprowadziłoby do wywalania przeze mnie frustracji i wściekłości na Was (smieszne, bo nie wiem, ile osób tu wchodzi, muszę to sprawdzić. Ale przypuszczam, że ja nabijam dużą część wejść, jak sprawdzam, czy nie pojawił się nowy komentarz), a tego chciałabym unikać.
Dzisiaj będzie mój pierwszy post z gatunku "chwalimy się zakupami i robimy wishlistę", a zacznę od wishlisty.
Ponieważ mam obsesję na punkcie widoczności oka na własnej twarzy, a lubię mieć świadomość, że prezentuję się dobrze nie tylko z kreską w stylu lat 60 i wytuszowanymi rzęsami, ale i saute, postanowiłam wyhodować naturalnie piękne i długie rzęsy. Zaczęłam od zakupienia odżywki eveline, jednak szybko się jej pozbyłam, ponieważ pod makijażem okropnie sklejała mi rzęsy. Potem kupiłam serum na noc i bazę pod makijaż z keratyną l'biotica, i muszę powiedzieć, że zdecydowanie rzęsy mi się zagęściły, jednak są czarne tylko do połowy, natomiast na końcach są jasne, więc i tak muszę je pomalować, żeby było widać jakiekolwiek wydłużenie. Ostatnio usłyszałam o niekonwencjonalnej metodzie, która podobno pozwala nie tylko na wydłużenie i zagęszczenie, ale i PRZYCIEMNIENIE rzęs, a mianowicie
Prawdę mówiąc, zasiadłam do pisania posta wczoraj, przy porannej kawie, jednak połączenie poniedziałku i pogody za oknem doprowadziłoby do wywalania przeze mnie frustracji i wściekłości na Was (smieszne, bo nie wiem, ile osób tu wchodzi, muszę to sprawdzić. Ale przypuszczam, że ja nabijam dużą część wejść, jak sprawdzam, czy nie pojawił się nowy komentarz), a tego chciałabym unikać.
Dzisiaj będzie mój pierwszy post z gatunku "chwalimy się zakupami i robimy wishlistę", a zacznę od wishlisty.
Pomadki tej nie kojarzyłam w ogóle, dopóki nie przeczytałam o niej w internecie. Oto powód: po prostu NIE DA SIĘ jej znaleźć w żadnym rossmanie. Zawsze na stoisku z pomadkami są wypełnione po brzegi wieszaczki, a pomiędzy nimi dwa smutne, opustoszałe, z etykietką "alterra, pomadka rumiankowa"! Może kiedyś uda mi się ją dopaść.
Druga rzecz to sukienka z H&M, ale niestety nie mogę znaleźć jej zdjęcia na stronie. Jest trochę w stylu lat 60, czyli moim ulubionym, z rękawem 1/2, okrągłym dekoltem z obu stron i w czarno-białe paski. Jest jednak bardzo krótka, więc nie wiedziałam, czy powinnam ją kupować, ale potem uznałam, że ze zniżką 25% wydrukowaną ze strony mogę zaryzykować i nosić ją do bawełnianych leginsów, które tak czy siak niektórzy noszą jako spodnie. Jeśli ją kupię, pochwalę się zdjęciem w niej.
Teraz zakupy:
Ponieważ mój styl jeśli chodzi o ubrania bazowe jest raczej basic i klasyka, niż szaleństwo i feria barw, pozwalam sobie od czasu do czasu na jakiś "szalony" dodatek, typu o wiele zbyt duże i okrągłe okulary przeciwsłoneczne, wściekle różowy tangle teezer, bransoletka z różowych filcowych kulek, czy te kalosze:
Bardzo się z nich cieszę, i może w końcu przestanę marudzić na deszcz. Widziałam je kiedyś na stronie internetowego sklepu z obuwiem, jednak ponieważ nie kupuję butów bez mierzenia, wyparłam bolesne wspomnienie o nich i szukałam zwykłych kaloszy, potrzebnych mi na wyjazd na działkę ze znajomymi, zbliżający się wielkimi krokami. W supermarkecie, wybierając kalosze "meh, mogą być" i idąc je przymierzyć do lustra, niemalże potknęłam się o te wymarzone. Akurat została ostatnia para w moim rozmiarze, czasem człowiek ma jednak szczęście.
Skorzystałam także z rossmanowej promocji na tusze, eyelinery i kredki .Jednak trochę też się zdenerwowałam, ponieważ tydzień temu w ramach szaleństwa zakupiłam eyeliner l'oreal, który zawsze chciałam mieć, jednak szkoda było mi pieniędzy. Ponieważ jednak dostałam imieninowy zastrzyk gotówki, pomyślałam "YOLO" (żartuję. Wcale tak nie pomyślałam) i kupiłam, bo nie wiedziałam, że tydzień później będzie obniżka 49%... Wracając do tematu, kupiłam tusz Max Factor fals lash effect, ponieważ miał dobre opinie na wizażu, no i nigdy "nie przejechałam się" na tuszu MF. Pomaluje się nim po ćwiczeniach i prysznicu i zobaczymy, czy faktycznie taki super, jednak mocno wierzę, że owszem.
W liceum, jak byłam niespokojną młodą duszą, prowadziłam zeszyty, w których zapisywałam notatki z lekcji, ale także wszystko, co mi przyszło do głowy, inspirujące czy poruszające cytaty i fragmenty książek, teksty piosenek, a nawet wprowadzałam własną twórczość literacką. Ostatnio będąc w domu i przeglądając te zeszyty, uznałam, że naprawdę bardzo pozytywnie wpływały na moją kreatywność i postanowiłam prowadzić taki znowu, mimo, że wiadomo, że bez liceum to już nie ten sam klimat :( Ponieważ nie mogłam znaleźć ukochanych przeze mnie baaaardzo grubych zeszytów w formacie A5 (kiedyś empik takie miał, i to w bardzo ładnych okładkach, a teraz żal człowieka ogarnia jak próbuje tam znaleźć zeszyt, który nie ma okładki Monster High czy Angry Birds, jest w miarę wyględny i nie kosztuje 50 zł...), kupiłam zwykły, czerwony zeszyt Oxford w miękkiej okładce. Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że będę w nim pisać z podobnym zaangażowaniem, co w tamtych.
Pozdrawiam i idę ćwiczyć, buziaki!
czwartek, 24 kwietnia 2014
powrót na prostą :)
Pomimo że ostatnimi czasy mam w miarę wyluzowane podejście do swojej diety i nie zadręczam się nadmiernym myśleniem o niej, w święta za bardzo przyszalałam i muszę od nowa nastawić się na właściwe postępowanie.
Na szczęście tak samo jak przyjemne było dla mnie opychanie się sernikiem (czekoladowy z kwestii smaku, polecam :p), przyjemna jest dla mnie świadomość, że jedzeniem, które wkładam do ust, robię coś dobrego dla mojego ciała, ćwiczenie i obserwowanie, jak moje ciało się zmienia.
Dlatego na dobry początek tego pełnego napięcia okresu pomiędzy Wielkanocą a wakacjami, gdy trzeba wskoczyć w kostium czy szorty, wrzucę parę motywatorów
Na szczęście tak samo jak przyjemne było dla mnie opychanie się sernikiem (czekoladowy z kwestii smaku, polecam :p), przyjemna jest dla mnie świadomość, że jedzeniem, które wkładam do ust, robię coś dobrego dla mojego ciała, ćwiczenie i obserwowanie, jak moje ciało się zmienia.
Dlatego na dobry początek tego pełnego napięcia okresu pomiędzy Wielkanocą a wakacjami, gdy trzeba wskoczyć w kostium czy szorty, wrzucę parę motywatorów
O proszę, te dwa są w sam raz dla mnie.
W ogóle myślę trochę o zmianie profilu bloga. Nie jestem ekspertem w sprawach odżywiania a ćwiczeń to już tym bardziej, założyłam bloga głównie po to, aby dzielić się swoim doświadczeniem, jakimiś pomysłami i tak dalej. Blog będzie jednak nie tylko fit, ale i fancy, więc będą posty ogólnie o rzeczach, które mnie interesują, jeśli chodzi o tzw. lifestyle.
nie wiem, czy Wam też widok małych, pomarszczonych, opatulonych w chusty babuniek z kwiatami ściska serce, ale mi owszem i wczoraj kupiłam ten oto "bukiecik". Nie jest może specjalnie urodziwy, ale i tak miło mi się na niego patrzy :)
środa, 9 kwietnia 2014
ulubiona pora dnia
Moim ulubionym pożywieniem ze wszystkich jest kawa. Czytając przeróżne blogi o tematyce fit i zdrowe odżywianie i ćwiczenia, zauważyłam, że dużo osób pisze rzeczy w stylu "no, niestety póki co nie udaje mi się ograniczyć kawy, ale pracuję nad tym" albo "no niestety nie wyspałam się dziś i kawa mi wpadła o poranku". Ja natomiast nie oszukuję się okrutnie i otwarcie mówię, że z kawy nigdy nie zrezygnuję, nawet za cenę trochę trudniejszej walki z cellulitem (jestem po dwóch tygodniach wklepywania balsamów i masażu, niedługo dam znać, czy coś to pomaga, czy niezbyt).
Pierwszy argument, przemawiający za pozostawieniem kawy w moim jadłospisie, jest następujący: bez kawy nie mam energii, co równa się brakowi dobrego humoru, wyrozumiałości w stosunku do bliźnich, zdrowego podejścia do rzeczywistości, siły, ażeby zmierzyć się z trudami życia codziennego. Pamiętam, jak miałam problemy żołądkowe i musiałam na 4 tygodnie odstawić kawę. Cóż to był za płacz i zgrzytanie zębami. Zajęcia na uczelni w tym okresie wspominam jako najbardziej koszmarne ze wszystkich.
Oprócz tego, kawa jest po prostu PYSZNA. Skoro już odmawiam sobie przyjemności w stylu "bajeczny do popołudniowej kawki", odmawiając sobie także tej kawki, zamieniłabym dietę i przemianę w smukłą, zdrową gazelę w torturę. Jaką kawę piję? Otóż ostatnio zauważyłam, że krowie mleko niezbyt mi służy, więc piję z sojowym waniliowym, czasami czekoladowym. Trochę chemia, ale jaka smaczna... No i pocieszam się, że i tak lepsze to, niż wzdęcia. Podsumowując, dzięki temu, że wstaję każdego ranka z wizją zaciągnięcia się aromatem wspaniałej, gorącej kawy z subtelną nutą wanilii, delikatnie, ale nie aż nazbyt słodkiej, wstaję z uśmiechem.
Jakie są korzyści zdrowotne, płynące z picia kawy? Otóż przeciwutleniacze, moczopędność (dobre dla nerek), pobudzenie krążenia krwi w mózgu, dzięki czemu uchronimy się przed demencją starczą i parkinsonem. Kawa chroni też niektóree narządy wewnętrzne przed nowotworami.
Dlatego mam zamiar kontynuować swój ulubiony poranny rutyał, jakim jest czytanie internetów w towarzystwie ukochanego kubka, i w tym właśnie momencie biorę ostatni łyk i publikuję post.
Pozdrawiam :)
Pierwszy argument, przemawiający za pozostawieniem kawy w moim jadłospisie, jest następujący: bez kawy nie mam energii, co równa się brakowi dobrego humoru, wyrozumiałości w stosunku do bliźnich, zdrowego podejścia do rzeczywistości, siły, ażeby zmierzyć się z trudami życia codziennego. Pamiętam, jak miałam problemy żołądkowe i musiałam na 4 tygodnie odstawić kawę. Cóż to był za płacz i zgrzytanie zębami. Zajęcia na uczelni w tym okresie wspominam jako najbardziej koszmarne ze wszystkich.
Oprócz tego, kawa jest po prostu PYSZNA. Skoro już odmawiam sobie przyjemności w stylu "bajeczny do popołudniowej kawki", odmawiając sobie także tej kawki, zamieniłabym dietę i przemianę w smukłą, zdrową gazelę w torturę. Jaką kawę piję? Otóż ostatnio zauważyłam, że krowie mleko niezbyt mi służy, więc piję z sojowym waniliowym, czasami czekoladowym. Trochę chemia, ale jaka smaczna... No i pocieszam się, że i tak lepsze to, niż wzdęcia. Podsumowując, dzięki temu, że wstaję każdego ranka z wizją zaciągnięcia się aromatem wspaniałej, gorącej kawy z subtelną nutą wanilii, delikatnie, ale nie aż nazbyt słodkiej, wstaję z uśmiechem.
Jakie są korzyści zdrowotne, płynące z picia kawy? Otóż przeciwutleniacze, moczopędność (dobre dla nerek), pobudzenie krążenia krwi w mózgu, dzięki czemu uchronimy się przed demencją starczą i parkinsonem. Kawa chroni też niektóree narządy wewnętrzne przed nowotworami.
Dlatego mam zamiar kontynuować swój ulubiony poranny rutyał, jakim jest czytanie internetów w towarzystwie ukochanego kubka, i w tym właśnie momencie biorę ostatni łyk i publikuję post.
Pozdrawiam :)
środa, 2 kwietnia 2014
PMS i mały foodpornik
Prawie każda kobieta go zna (statystycznie co druga!), i chyba każda spośród nich nienawidzi. Zmora diet odchudzających, a w niektórych przypadkach także relacji międzyludzkich i stabilności emocjonalnej. PMS.
Cóż, powiem tak - ja sobie z nim nie radzę. Właśnie podczas ostatnich trzech dni się z nim zmagałam, i też trochę dlatego nie pisałam na blogu, bo o tym, co wyczyniałam (i co jadłam) aż wstyd pamiętać. Na fit blogach nie znalazłam jeszcze wpisów na jego temat, a bardzo interesuje mnie, JAK wtedy powstrzymać się od wciągania jak odkurzacz. I tak już jest lepiej, niż kiedyś, gdy potrafiłam cały dzień jeść wyłącznie słodycze i chleb, ale i tak łyżka masła orzechowego z dżemem o 23:00, jajecznica o północy, czy dwa dni z rzędu ciastko w kawiarni nie jest szczytem moich dietetycznych ideałów... Wiadomo, powinno się mieć silną wolę, ale ja w te straszne 3-4 dni W OGÓLE nie umiem myśleć racjonalnie na ŻADEN temat, a co dopiero powiedzieć sobie spokojnie "Julio. To ciastko wczoraj wystarczyło. Nie umrzesz też, jeśli nie zjesz kolacji w nocy."... Najgorzej, że czuję się także brzydka i spuchnięta, mam bad hair, bad face & bad body day i nie mam motywacji, aby dbać o odżywianie :(
Ktoś ma jakieś sposoby? Czy pozostaje tylko mieć nadzieję, że damy radę się oprzeć pokusie?
Dziś już, chociaż teoretycznie nadal jestem w tym tragicznym stanie, postanowiłam (po tym głupim ciastku*) zjeść zdrowy obiad i zrobiłam to:
Cóż, powiem tak - ja sobie z nim nie radzę. Właśnie podczas ostatnich trzech dni się z nim zmagałam, i też trochę dlatego nie pisałam na blogu, bo o tym, co wyczyniałam (i co jadłam) aż wstyd pamiętać. Na fit blogach nie znalazłam jeszcze wpisów na jego temat, a bardzo interesuje mnie, JAK wtedy powstrzymać się od wciągania jak odkurzacz. I tak już jest lepiej, niż kiedyś, gdy potrafiłam cały dzień jeść wyłącznie słodycze i chleb, ale i tak łyżka masła orzechowego z dżemem o 23:00, jajecznica o północy, czy dwa dni z rzędu ciastko w kawiarni nie jest szczytem moich dietetycznych ideałów... Wiadomo, powinno się mieć silną wolę, ale ja w te straszne 3-4 dni W OGÓLE nie umiem myśleć racjonalnie na ŻADEN temat, a co dopiero powiedzieć sobie spokojnie "Julio. To ciastko wczoraj wystarczyło. Nie umrzesz też, jeśli nie zjesz kolacji w nocy."... Najgorzej, że czuję się także brzydka i spuchnięta, mam bad hair, bad face & bad body day i nie mam motywacji, aby dbać o odżywianie :(
Ktoś ma jakieś sposoby? Czy pozostaje tylko mieć nadzieję, że damy radę się oprzeć pokusie?
Dziś już, chociaż teoretycznie nadal jestem w tym tragicznym stanie, postanowiłam (po tym głupim ciastku*) zjeść zdrowy obiad i zrobiłam to:
Połączenie rukoli, sera mozzarella, prażonych pestek dyni i słonecznika i dressingu musztardowo-miodowego należy do moich ulubionych, nie tylko wiosną :) Wiem, że malutka porcja, ale nawaliłam tyle sera i pestek, że się naprawdę najadłam.
*nie zrozumcie mnie źle, wiem, że pisałam wcześniej o dobrym pomyśle, jaki jest cheat meal, ale cheat DAY kolejny z rzędu nigdy nie jest dobrym pomysłem...
sobota, 29 marca 2014
Cheat meal - lubię to!
Ponieważ w moim życiu codziennym zawsze staram się wygospodarować sporo miejsca na przyjemności, nie inaczej sprawa ma się w przypadku odżywiania. Jestem zdecydowaną zwolenniczką zasady, według której musimy sobie od czasu do czasu pozwolić na odstępstwo od diety, żeby nie kojarzyła nam się z katorgą i nie zakończyła tak samo gwałtownie, jak się zaczęła, w dodatku z opłakanymi skutkami. Jeden mały batonik czy dwa kawałki pizzy nic nam nie zrobią, a na pewno poprawi nam humor świadomość, że nie musimy wystrzegać się ich jak ognia. Tak naprawdę to w ogóle uważam, że domowa pizza na cieniutkim cieście nie musi być wcale tak bardzo "tucząca", jeśli przestaniemy jeść, zanim nie będziemy mogli się ruszyć z przejedzenia (nie wiem, jak inni, ale ja zawsze mam ten problem akurat przy pizzy... weird.).
Z jednej strony, można się obawiać, że jak zjemy jeden kawałek, to posypie się domino i wpadnie nam kolejnych pięć. Ale z drugiej, mi na przykład łatwiej jest się opanować i powoli delektować dwoma kawałkami pysznej pizzy, niż zgrzytać zębami z rozpaczy, i jedząc serek wiejski połykać go razem ze łzami, bo każda komórka mojego ciała krzyczy z tęsknoty do ciągnącego się sera.
Jak często jednak możemy pozwolić sobie na małe oszustwo? Większość osób praktykujących ten zwyczaj sugeruje jeden stały dzień w tygodniu, kiedy możemy sobie zjeść co nam się podoba na jeden posiłek (np. Cassey Ho o której pisałam, albo Beyonce w wywiadzie dla SHAPE). Ale skąd możemy mieć pewność, że jak ustalimy sobie piątek albo sobotę, nasi znajomi akurat nie zarządzą wyjścia na burgery w czwartek albo wspólnych lodów we wtorek? Albo że babcia nie zrobi ukochanych pierogów na niedzielny obiad. Wg innej teorii, tak zwanego 9:1, musimy jeść 90% zdrowych posiłków, 10% to nasze małe szaleństwa. Wobec tego, jeśli jemy pięć posiłków dziennie, w ciągu tygodnia zjadamy ich 35, czyli trzy (i pół :P) mogą być cheatem. Ta zasada podoba mi się zdecydowanie bardziej, ale - spójrzmy prawdzie w oczy - troszeczkę może utrudnić nam redukcję.
Zatem co robię ja? Ustaliłam sobie, że jem jeden "YOLO meal" tygodniowo, obojętnie, w jaki dzień (oczywiście, nie jeden po drugim, tylko kilkudniowy odstęp), ale jak wpadnie mi jakiś drugi, też nie robię z tego specjalnej tragedii. W tym tygodniu np. był to sernik. Mam słabość do sernika, już nie mogę się doczekać Wielkanocy. Wtedy dopiero będzie CHEATING :)
Z jednej strony, można się obawiać, że jak zjemy jeden kawałek, to posypie się domino i wpadnie nam kolejnych pięć. Ale z drugiej, mi na przykład łatwiej jest się opanować i powoli delektować dwoma kawałkami pysznej pizzy, niż zgrzytać zębami z rozpaczy, i jedząc serek wiejski połykać go razem ze łzami, bo każda komórka mojego ciała krzyczy z tęsknoty do ciągnącego się sera.
Jak często jednak możemy pozwolić sobie na małe oszustwo? Większość osób praktykujących ten zwyczaj sugeruje jeden stały dzień w tygodniu, kiedy możemy sobie zjeść co nam się podoba na jeden posiłek (np. Cassey Ho o której pisałam, albo Beyonce w wywiadzie dla SHAPE). Ale skąd możemy mieć pewność, że jak ustalimy sobie piątek albo sobotę, nasi znajomi akurat nie zarządzą wyjścia na burgery w czwartek albo wspólnych lodów we wtorek? Albo że babcia nie zrobi ukochanych pierogów na niedzielny obiad. Wg innej teorii, tak zwanego 9:1, musimy jeść 90% zdrowych posiłków, 10% to nasze małe szaleństwa. Wobec tego, jeśli jemy pięć posiłków dziennie, w ciągu tygodnia zjadamy ich 35, czyli trzy (i pół :P) mogą być cheatem. Ta zasada podoba mi się zdecydowanie bardziej, ale - spójrzmy prawdzie w oczy - troszeczkę może utrudnić nam redukcję.
Zatem co robię ja? Ustaliłam sobie, że jem jeden "YOLO meal" tygodniowo, obojętnie, w jaki dzień (oczywiście, nie jeden po drugim, tylko kilkudniowy odstęp), ale jak wpadnie mi jakiś drugi, też nie robię z tego specjalnej tragedii. W tym tygodniu np. był to sernik. Mam słabość do sernika, już nie mogę się doczekać Wielkanocy. Wtedy dopiero będzie CHEATING :)
czwartek, 27 marca 2014
Co lubię ćwiczyć
Ponieważ, na tym etapie mojej przemiany w maniaczkę fitnessu i żywności eko, jeszcze nie jestem entuzjastką noszenia za sobą przez cały dzień torby wypchanej butami do ćwiczeń, ręcznikiem i ciuchami na zmianę (próbowałam siłowni. W pierwszym miesiącu chodziłam cztery razy tygodniowo, w drugim trzy, w trzecim poszłam sześć razy a w czwartym trzy... żałosne :D), najbardziej kuszącą propozycją dla mnie są treningi w zaciszu domowym. Mieszkam sama i mam miejsce na wymachiwanie nogami, tak więc korzystam. Jakoś tak w grudniu 2012 postanowiłam w ogóle ZACZĄĆ ćwiczyć, wtedy był boom na Chodakowską, poćwiczyłam może ze trzy razy, ale szybko mi się znudziło. Co nie zmienia faktu, że jej fanpage jeszcze długo potem stanowił dla mnie źródło chęci i motywacji. Potem przyszła kolej na Mel B., jej radosne usposobienie i energia sprawiły, że polubiłam te codziennie ćwiczenia. Jednak prawdziwe efekty i zadowolenie z ćwiczeń przyszły dopiero z Cassey Ho.
Cassey prowadzi stronę blogilates, ta akurat strona to blog, ale na fanpage'u, instagramie i nie wiem, gdzie jeszcze, ponieważ nie jestem zaprzyjaźniona z portalami społecznościowymi i ogarniam tylko fejsa :D Cassey tworzy społeczność, można powiedzieć nawet "grupę wsparcia" dla dziewczyn, które chcą ćwiczyć z różych powodów - a to odchudzanie, a to przytycie, czasem po prostu zdrowie i przyjemność :)
Ja osobiście cenię ją najbardziej za podejście; powtarza wciąż, że trzeba kochać swoje ciało na każdym etapie drogi, którą przechodzimy, że najważniejsze jest szczęście i zadowolenie z siebie, a także, co dla mnie jest bardzo ważne i budujące, że nie można sobie odmawiać przyjemności w życiu i dlatego stara się nam jak najbardziej umilić proces odchudzania (zdaje mi się, że głównie w to celuje, ponieważ, nie oszukujmy się, dziewczyn które z tego powodu chcą ćwiczyć jest najwięcej). Jej filmiki są kolorowe, tak samo jak jej ubrania i otoczenie, w którym pracuje, i dlatego od razu to wszystko wydaje się być przyjemniejsze. Przyznam, że na początku wydawała mi się przesłodzona i zbyt rozświergotana, ale po kilku chwilach (dosłownie) ćwiczenia z nią zmieniłam zdanie.
Pierwsze podejscie do blogilates miałam w październiku, ćwiczyłam dwa miesiące i z moich galaretowatych, tłustych nóżek zrobiły się całkiem zgrabne i wyćwiczone nogi. Jednak potem coś poszło nie tak i zaczęłam praktykować jedynie siłownię na pół gwizdka, i teraz muszę walczyć od początku. Zwłaszcza, że do mniej więcej początku marca nie chciało mi się pilnować diety - tu święta, tu urodziny, tu wyjazd, tu mróz... ech.
Teraz, na dobry początek, zrobiłam sobie playlistę z ośmiu filmików i robię codziennie po cztery na zmianę. Po upływie miesiąca dodam kolejną "czwórkę" i tak co miesiąc. Obecnie playlista wygląda tak:
1
2
3
4
1a
2a
3a (to jest mój ukochany, tylko kilka minut a daje w kość :))
4a
jak widać, na początek "atakuję" głównie uda i pośladki, chociaż w trakcie takiej sesji czuję, że pracuje mi całe ciało.
Właśnie przyszedł ten moment, że zaabsorbowałam swoje pożywne śniadanie i zaczyna przychodzić chęć na obiad, więc chyba zabieram się za ćwiczenia (dzisiaj druga część playlisty). Buziaki!
Cassey prowadzi stronę blogilates, ta akurat strona to blog, ale na fanpage'u, instagramie i nie wiem, gdzie jeszcze, ponieważ nie jestem zaprzyjaźniona z portalami społecznościowymi i ogarniam tylko fejsa :D Cassey tworzy społeczność, można powiedzieć nawet "grupę wsparcia" dla dziewczyn, które chcą ćwiczyć z różych powodów - a to odchudzanie, a to przytycie, czasem po prostu zdrowie i przyjemność :)
Ja osobiście cenię ją najbardziej za podejście; powtarza wciąż, że trzeba kochać swoje ciało na każdym etapie drogi, którą przechodzimy, że najważniejsze jest szczęście i zadowolenie z siebie, a także, co dla mnie jest bardzo ważne i budujące, że nie można sobie odmawiać przyjemności w życiu i dlatego stara się nam jak najbardziej umilić proces odchudzania (zdaje mi się, że głównie w to celuje, ponieważ, nie oszukujmy się, dziewczyn które z tego powodu chcą ćwiczyć jest najwięcej). Jej filmiki są kolorowe, tak samo jak jej ubrania i otoczenie, w którym pracuje, i dlatego od razu to wszystko wydaje się być przyjemniejsze. Przyznam, że na początku wydawała mi się przesłodzona i zbyt rozświergotana, ale po kilku chwilach (dosłownie) ćwiczenia z nią zmieniłam zdanie.
Pierwsze podejscie do blogilates miałam w październiku, ćwiczyłam dwa miesiące i z moich galaretowatych, tłustych nóżek zrobiły się całkiem zgrabne i wyćwiczone nogi. Jednak potem coś poszło nie tak i zaczęłam praktykować jedynie siłownię na pół gwizdka, i teraz muszę walczyć od początku. Zwłaszcza, że do mniej więcej początku marca nie chciało mi się pilnować diety - tu święta, tu urodziny, tu wyjazd, tu mróz... ech.
Teraz, na dobry początek, zrobiłam sobie playlistę z ośmiu filmików i robię codziennie po cztery na zmianę. Po upływie miesiąca dodam kolejną "czwórkę" i tak co miesiąc. Obecnie playlista wygląda tak:
1
2
3
4
1a
2a
3a (to jest mój ukochany, tylko kilka minut a daje w kość :))
4a
jak widać, na początek "atakuję" głównie uda i pośladki, chociaż w trakcie takiej sesji czuję, że pracuje mi całe ciało.
Właśnie przyszedł ten moment, że zaabsorbowałam swoje pożywne śniadanie i zaczyna przychodzić chęć na obiad, więc chyba zabieram się za ćwiczenia (dzisiaj druga część playlisty). Buziaki!
środa, 26 marca 2014
Jak to wyglądało vs jak to wygląda
Od kiedy pamiętam (czyli, wiadomo, od kiedy byłam dzieckiem tak naprawdę) zawsze lubiłam słodycze, pizzę i chipsy. Nie jest to nic specjalnie szokującego ani niespotykanego. W dodatku produkty te, w szeczególności słodycze, zawsze kojarzyły mi się z przyjemnością i nagrodą. Nie chcę tu oczyszczać siebie samej z winy, ale pewnie każdy kojarzy scenkę z obiadu po powrocie z przedszkola: dziecko siedzi nad surówką z marchewki i jabłka, której nie znosi, ponieważ dobry kotlecik i dobre ziemniaczki już zniknęły, a mama mówi "dopiero, jak zjesz tę surówkę, dostaniesz wafelka" (dokładnie pamiętam, że to był ten trójkątny wafelek z żółtą etykietką). Mama chciała dobrze i w sumie z jednej strony można powiedzieć, że zapamiętałam sobie, że surówka jest zdrowa i niezbędna. Jednak ja pamiętam głównie uczucie irytacji, wymierzone w tę surówkę; pamiętam, że praktycznie rosła mi w ustach i nie mogłam się doczekać, aż uporam się z tym obrzydlistwem i wreszcie będę mogła zjeść wafelka.
Pamiętam także, że obok mojej podstawówki była telepizza, i za 10 zł (! co za czasy...) było można kupić jedną pizzę, a drugą dostać gratis. Więc 5 zł na szkolny sklepik dorzucało się do koleżanki i siup, można było zjeść CAŁĄ małą pizzę po szkolnym obiedzie.
Pamiętam także gimnazjalne maratony filmowe z ulubioną koleżanką i jej mamę, donoszącą grzanki z pieczywa tostowego z bekonem i majonezem, domowe kebaby z kurczaka i czasem nawet tort czekoladowy. W końcu doszłam do punktu, w którym, będąc niezbyt wysoką gimnazjalistką, ważyłam dobre 10 kg więcej niż teraz, w wieku 23 lat i gdy jestem kilka cm wyższa. Licealny epizod anorektyczny, o którym może napiszę kiedy indziej, pozwolił mi się pozbyć tego balastu (oczywiście, cena była o wiele, wiele za wysoka), ale niestety NIE pomógł nabrać zdrowego podejścia do jedzenia. No i tak się borykałam do niedawna, balansując pomiędzy chudością a nadwagą, czasami jedząc zbyt mało, aby potem, po kilku miesiącach, wracać do domu z zajęć na uczelni z mrożoną pizzą albo słoikiem nutelli, który zjadałam łyżeczką przy jednym posiedzeniu. Sama nie umiem zdecydować, kiedy miałam gorszy humor.
Dlatego teraz, gdy jestem już troszkę mądrzejsza, postanowiłam położyć kres tym zabójczym działaniom i raz na zawsze wprowadzić ROZSĄDNE nawyki, w których jest miejsce na zdrowe jedzenie odżywiające ciało, ale i przyjemności w rozsądnych ilościach. Tak naprawdę, tylko wtedy, gdy wiemy, że przyjemność nie jest dla nas szkodliwa, jest ona prawdziwą przyjemnością. Dlatego moimi hasłami od tej pory będą "rozsądek" i "zdrowie przede wszystkim" :)
Pozdrawiam!
Pamiętam także, że obok mojej podstawówki była telepizza, i za 10 zł (! co za czasy...) było można kupić jedną pizzę, a drugą dostać gratis. Więc 5 zł na szkolny sklepik dorzucało się do koleżanki i siup, można było zjeść CAŁĄ małą pizzę po szkolnym obiedzie.
Pamiętam także gimnazjalne maratony filmowe z ulubioną koleżanką i jej mamę, donoszącą grzanki z pieczywa tostowego z bekonem i majonezem, domowe kebaby z kurczaka i czasem nawet tort czekoladowy. W końcu doszłam do punktu, w którym, będąc niezbyt wysoką gimnazjalistką, ważyłam dobre 10 kg więcej niż teraz, w wieku 23 lat i gdy jestem kilka cm wyższa. Licealny epizod anorektyczny, o którym może napiszę kiedy indziej, pozwolił mi się pozbyć tego balastu (oczywiście, cena była o wiele, wiele za wysoka), ale niestety NIE pomógł nabrać zdrowego podejścia do jedzenia. No i tak się borykałam do niedawna, balansując pomiędzy chudością a nadwagą, czasami jedząc zbyt mało, aby potem, po kilku miesiącach, wracać do domu z zajęć na uczelni z mrożoną pizzą albo słoikiem nutelli, który zjadałam łyżeczką przy jednym posiedzeniu. Sama nie umiem zdecydować, kiedy miałam gorszy humor.
Dlatego teraz, gdy jestem już troszkę mądrzejsza, postanowiłam położyć kres tym zabójczym działaniom i raz na zawsze wprowadzić ROZSĄDNE nawyki, w których jest miejsce na zdrowe jedzenie odżywiające ciało, ale i przyjemności w rozsądnych ilościach. Tak naprawdę, tylko wtedy, gdy wiemy, że przyjemność nie jest dla nas szkodliwa, jest ona prawdziwą przyjemnością. Dlatego moimi hasłami od tej pory będą "rozsądek" i "zdrowie przede wszystkim" :)
Pozdrawiam!
wtorek, 25 marca 2014
Wiosenne początki i zmiany
Witajcie :)
Ponieważ niedawno postanowiłam się sobą zająć i zacząć dbać o własne ciało, które znam od urodzenia i powinnam kochać *, zdecydowałam się założyć bloga, żeby otrzymać trochę wsparcia i móc obserwować proces własnych postępów. Wiadomo, zmiany na dobre (bo do tego dążę, "lepsze" to za mało, hihi) to powolny, czasami męczący proces, podczas którego często dopada nas zwątpienie. Ale z drugiej strony, sprawia mi frajdę odkrywanie pysznych zdrowych przepisów i znajdowanie przyjemności w "pieczeniu" ud podczas ćwiczeń. Dlatego weszłam w świat blogów - zaczęłam zaczytywać się w przeróżnych blogach o tematyce szeroko pojętego zdrowego stylu życia. Najbardziej lubię przeglądać fotomenu, sama też mam ochotę publikować swoje jedzenie, jednak nie mam serca zarzucać tym znajomych z facebooka :)
Dlatego mam nadzieję, że kiedyś ktoś mnie odwiedzi, a jeśli nie, no to trudno - przynajmniej sama będę mogła za rok czy miesiąc wrócić do starych wpisów i zobaczyć, jak mi szło :)
* miłość do mojego ciała ograniczała się zawsze do tego, że podobało mi się, kiedy dobrze wyglądało i nie sprawiało problemów. Jednak niedawno doznałam olśnienia i doszłam do TAK BARDZO odkrywczego wniosku, jak to, że sama muszę do tego doprowadzać, rozpieszczając je dobrym jedzeniem i pielęgnacją. Cóż, jak mówią, człowiek uczy się całe życie. Każdy moment jest dobry, żeby się poprawić :)
Ponieważ niedawno postanowiłam się sobą zająć i zacząć dbać o własne ciało, które znam od urodzenia i powinnam kochać *, zdecydowałam się założyć bloga, żeby otrzymać trochę wsparcia i móc obserwować proces własnych postępów. Wiadomo, zmiany na dobre (bo do tego dążę, "lepsze" to za mało, hihi) to powolny, czasami męczący proces, podczas którego często dopada nas zwątpienie. Ale z drugiej strony, sprawia mi frajdę odkrywanie pysznych zdrowych przepisów i znajdowanie przyjemności w "pieczeniu" ud podczas ćwiczeń. Dlatego weszłam w świat blogów - zaczęłam zaczytywać się w przeróżnych blogach o tematyce szeroko pojętego zdrowego stylu życia. Najbardziej lubię przeglądać fotomenu, sama też mam ochotę publikować swoje jedzenie, jednak nie mam serca zarzucać tym znajomych z facebooka :)
Dlatego mam nadzieję, że kiedyś ktoś mnie odwiedzi, a jeśli nie, no to trudno - przynajmniej sama będę mogła za rok czy miesiąc wrócić do starych wpisów i zobaczyć, jak mi szło :)
* miłość do mojego ciała ograniczała się zawsze do tego, że podobało mi się, kiedy dobrze wyglądało i nie sprawiało problemów. Jednak niedawno doznałam olśnienia i doszłam do TAK BARDZO odkrywczego wniosku, jak to, że sama muszę do tego doprowadzać, rozpieszczając je dobrym jedzeniem i pielęgnacją. Cóż, jak mówią, człowiek uczy się całe życie. Każdy moment jest dobry, żeby się poprawić :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.png)
.png)
.png)

.png)

.png)
.png)
.png)



.png)
.png)
.png)

.png)
